Recenzja płyty: Black Star Riders, „All Hell Breaks Loose”
Thin Lizzy w przebraniu
Porządna, dynamiczna płyta nie tylko dla miłośników klasycznego stylu Thin Lizzy.
materiały prasowe

W dobie zamykania muzyki w plikach, chmurach i innych dziwnych formach, wydana z pietyzmem i edytorskim pomysłem płyta zaczyna być ewenementem. Edycja specjalna płyty „All Hell Breaks Loose” zespołu Black Star Riders to srebrzysty album zawierający książeczkę z tekstami piosenek i zdjęciami oraz dwie płyty – CD z 12 piosenkami i DVD dokumentującym powstawanie materiału muzycznego. Tak więc pierwsze, wizualne wrażenie bardzo dobre, ale czego będziemy słuchać? Dla niezorientowanych może to być zagadka, gdyż Black Star Riders debiutują na rynku tą płytą. Jest jednak informacja, która już przed pierwszym słuchaniem wiele mówi miłośnikom rocka: Black Star Riders to de facto współczesna wersja legendarnej brytyjskiej grupy Thin Lizzy. Gitarzysta Scott Gorham od połowy lat 90. pracował nad wznowieniem działalności zespołu, który okazjonalnie występował w zmieniającym się składzie. Wciąż jednak nie było nagrań. Dopiero w 2011 r. muzycy pod wodzą Gorhama zaczęli kompletować premierowy materiał muzyczny, z zamiarem wydania go pod znaną i sprawdzoną nazwą Thin Lizzy.

Ostatecznie, z szacunku dla nieżyjącego dawnego leadera zespołu Phila Lynotta, zapadła decyzja o zmianie nazwy grupy. Jednak brzmienie nowych piosenek Black Star Riders od razu przywodzi na myśl najlepsze lata Thin Lizzy. To solidny, mocny gitarowy rock z bardzo dobrym wokalem Ricka Warwicka i popisowymi partiami gitary Gorhama. Kompozycje starannie dobrane, praktycznie bez skazanych na natychmiastowe zapomnienie wypełniaczy. Porządna, dynamiczna płyta nie tylko dla miłośników klasycznego stylu Thin Lizzy.

 

Black Star Riders, All Hell Breaks Loose, Nuclear Blast 2013

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj