Recenzja płyty: Buddy Guy, „Rhythm and Blues”

Muzyka, nie metryka
Pozycja nie tylko dla fanów bluesa, ale dla wszystkich tych, którzy cenią dobrą muzykę.
materiały prasowe

Dobiegający osiemdziesiątki Buddy Guy wydaje się nie zauważać nie tylko swego wieku, ale i zmieniających się mód muzycznych. Konsekwentnie gra wspaniałego bluesa, wciąż zadziwiając swoją maestrią i witalnością. Dowodem niech będzie najnowszy album artysty, dwupłytowe wydawnictwo zatytułowane po prostu „Rhythm and Blues”. W zgodzie z tytułem jedną z płyt Guy nazwał „Rhythm”, a drugą, naturalnie, „Blues”. Ten podział jest zresztą niezbyt istotny, gdyż piosenki na obu krążkach można bez problemu pozamieniać, dobitnie dowodząc, że granice między gatunkami są niezwykle płynne. Ważne jest przede wszystkim to, że słuchacz otrzymuje dużą porcję świetnej, stylowej muzyki wykonywanej nie tylko przez samego mistrza, ale też jego gości. A zestaw tych gości bardzo interesujący – obok słynnej sekcji Muscle Shoals Horns artystę wspomagają m.in. Kid Rock, Beth Hart, a także trójka przedstawicieli grupy Aerosmith. Centralną postacią jest tu jednak Buddy Guy, nie tylko jako wokalista, ale też mistrz gitary. W końcu nieprzypadkowo znalazł się w gronie 30 najlepszych gitarzystów wszech czasów magazynu „Rolling Stone”. „Rhythm and Blues” to pozycja nie tylko dla fanów bluesa, ale dla wszystkich tych, którzy cenią dobrą muzykę.

 

Buddy Guy, Rhythm and Blues, RCA

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj