Recenzja płyty: Edward Sharpe&the Magnetic Zeros, „Edward Sharpe&the Magnetic Zeros”
Alternatywa dla alternatywy
Ten kalifornijski zespół daleki jest od minimalizmu.
materiały prasowe

Od nazwy – Edward Sharpe and the Magnetic Zeros – poprzez kilkunastoosobowy skład, aż po eklektyczno-podniosłe brzmienie, wszystko jest w nim imponująco rozbudowane. Występujący w nazwie grupy Edward Sharpe w rzeczywistości nie istnieje. Jest postacią fikcyjną, bohaterem książki, której autorem jest założyciel zespołu Alex Ebert. Ten, po burzliwych przeżyciach osobistych zakończonych ostatecznie pobytem na odwyku, postanowił odrodzić się fizycznie i duchowo i w 2007 r. uformował dużą grupę muzyczną zbudowaną na wzór komun hipisowskich z lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Także brzmienie zespołu nawiązuje do muzyki tamtych lat. W piosenkach grupy mieszają się elementy rocka, popu, folku czy gospel. Jego najnowsza, trzecia już płyta zbudowana jest na tych samych zasadach. Pośród 12 znajdujących się na niej piosenek znaleźć można sporo miłych dla ucha melodii, co przyjemnie odróżnia ten album od różnych „indie” bądź „alternatywnych” propozycji, oferujących wszystko poza melodią właśnie. Płyta dla tych, którzy nie obawiają się być mało alternatywni i nie całkiem nowocześni.

 

Edward Sharpe&the Magnetic Zeros, Edward Sharpe&the Magnetic Zeros, Universal

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj