Recenzja płyty: Sting, „The Last Ship”

Powrót na swoje
Płyta ma udane momenty.
materiały prasowe

Jeśli w prasie wracają uwagi na temat jogi, samodoskonalenia i tantrycznego seksu, to znaczy, że zbliża się nowy album Stinga. Wątków tych nie podnoszono przez parę lat, gdy wydawał serię nagrań dla Deutsche Grammophon – utwory na lutnię czy symfoniczne wersje starych hitów. Podbój świata muzyki poważnej okazał się trudny – płyty sprzedawały się świetnie jak na ten rynek, ale krytycy zachowali chłodny dystans. Dziś więc Gordon Sumner wraca na bezpieczne pozycje i proponuje zestaw piosenek o balladowym, folkowym, lekko celtyckim charakterze.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną