Recenzja płyty: Sting, „The Last Ship”
Powrót na swoje
Płyta ma udane momenty.
materiały prasowe

Jeśli w prasie wracają uwagi na temat jogi, samodoskonalenia i tantrycznego seksu, to znaczy, że zbliża się nowy album Stinga. Wątków tych nie podnoszono przez parę lat, gdy wydawał serię nagrań dla Deutsche Grammophon – utwory na lutnię czy symfoniczne wersje starych hitów. Podbój świata muzyki poważnej okazał się trudny – płyty sprzedawały się świetnie jak na ten rynek, ale krytycy zachowali chłodny dystans. Dziś więc Gordon Sumner wraca na bezpieczne pozycje i proponuje zestaw piosenek o balladowym, folkowym, lekko celtyckim charakterze. Część z nich zwiastuje kolejny wielki projekt – tym razem musicalowy, premiera w Nowym Jorku za rok – i opowiada historię upadku stoczni w północnej Anglii. Sting pozazdrościł chyba społecznego wymiaru twórczości Elvisowi Costello. Nawet wokalnie eksponuje akcent ze swoich rodzinnych ziem. Płyta ma udane momenty, gdy artysta spuszcza z jak zwykle lekko ckliwego, salonowego tonu – w lżejszym „And Yet” czy wzruszająco prostym „So To Speak”, zaśpiewanym z Becky Unthank. Ale biorąc pod uwagę fakt, że pretensji i nudziarstwa porzucić nie potrafi, Broadway wydaje się dla niego nie najgorszym miejscem zesłania.

 

Sting, The Last Ship, Cherrytree/A&M

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj