Recenzja płyty: Paul McCartney, „New”

Nowy, ale jaki?
Królewski, ale jednak groch z kapustą.
materiały prasowe

Jak wygląda Paul McCartney w wieku 71 lat, mieliśmy okazję zobaczyć w Warszawie. Czy jednak za świetną formą fizyczną idzie jakiś przełom w twórczości? Nie bardzo. I dowodem zagubienia jest dokładnie to, co inni podają jako zaletę albumu „New” – fakt zatrudnienia nie jednego, ale kilku zdolnych producentów – Paula Epwortha (Adele), Ethana Johnsa (Kings of Leon), Marka Ronsona (Amy Winehouse) i jeszcze Gilesa, syna słynnego George’a Martina. Nie daje to płycie spójności, każe się miotać między folkiem a gładkim pop-rockiem. W tej drugiej wersji – biorąc pod uwagę talent McCartneya do pisania melodii – ma szansę na kilka przebojów („Queenie Eye” nagrane pod okiem Epwortha czy „New” z odtworzonym przez Ronsona stylem The Beatles), ale bardziej byłbym ciekaw pełnej płyty w stylu Ethana Johnsa („Hosanna”, „Early Days”). W całości widzę tu królewski, ale jednak groch z kapustą. Starsi może i dopiszą punkt do oceny końcowej, ale czy dzisiejsze dzieciaki to wszystko przekona, żeby solowego Maccę zapamiętały mocniej niż animowanego Makkę Pakkę?

 

Paul McCartney, New, Virgin

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj