Recenzja płyty: Bruce Springsteen, „High Hopes”

Całkiem udany remanent
Płyta wabi różnorodnością.
materiały prasowe

Każda zapowiedź nowej płyty Bruce’a Springsteena jest nadal wydarzeniem mimo 40-letniej już obecności Bossa na rynku muzycznym. Bardziej szczegółowe informacje o zawartości jego nowego albumu „High Hopes” mogły jednak nasuwać niepokojące podejrzenia o uzupełnianiu braku nowych kompozycji piosenkami pożyczonymi od innych twórców, co w przypadku Springsteena jest czymś niezwykłym. Obawy te rozwiewa przesłuchanie całości. Okazuje się, że ta patchworkowa metoda kompletowania utworów na płytę nie odbiera jej wartości. Owszem, artysta umieścił tu parę wcześniej dokonanych, dotąd niewykorzystanych nagrań, zarejestrowanych jeszcze z udziałem nieżyjących dziś członków E Street Band, Danny’ego Federiciego i Clarence’a Clemmonsa, ale to w żadnym stopniu nie obniża wartości „High Hopes”. Można narzekać, że brak tu czasem brzmieniowej furii E Street Band, ale w dużym stopniu rekompensuje ten brak rewelacyjna gitara zaproszonego do współpracy Toma Morello z Rage Against the Machine. Płyta wabi różnorodnością – od przypominającego „I’m on Fire” nastrojowego „Down in the Hole” po świetny, dynamiczny, tytułowy „High Hopes”. Jeżeli tak wyglądają springsteenowskie remanenty, to niejeden promowany dzisiaj gwiazdor powinien z pokorą lekko ograniczyć zachwyt nad swoją twórczością.

Ocena: 4,5

Bruce Springsteen, High Hopes, Columbia

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj