Recenzja płyty: Leon Russell, „Life Journey”
Swinguje i podsumowuje
Stylistyczna mieszanka jazzu, bluesa, swingu i popu, jak na podróż życia przystało.
materiały prasowe

Minęły już czasy, kiedy okładka analogowego longplaya przyciągała uwagę potencjalnego nabywcy, często zanim jeszcze poznał muzykę zapisaną na płycie. Dziś muzyką handluje się, korzystając głównie z nośników zminiaturyzowanych bądź w ogóle niematerialnych, więc jakość okładki przestała mieć większe znaczenie. Zdarzają się jednak wydawnictwa muzyczne, które wyróżniają się również wizualnie. Tak jest w przypadku nowej płyty Leona Russella. Na zdjęciu widzimy w zbliżeniu wyrazistą twarz niemłodego już artysty patrzącego nam prosto w oczy. Tytuł albumu, „Life Journey” – „Podróż życia” – sugeruje jakieś podsumowanie, uświadomienie sobie i innym faktu, że czas upływa i trzeba się z tym pogodzić. Myślę, że w tym duchu Russell wybierał piosenki, które postanowił zamieścić na płycie. Mimo wielkiego dorobku kompozytorskiego nagrał tu zaledwie dwa własne utwory. Pozostała dziesiątka to wersje znanych, czasem wręcz klasycznych utworów. Mamy tu więc m.in. „Fever”, „Georgia on My Mind” czy „That Lucky Old Sun”. Jest to stylistyczna mieszanka jazzu, bluesa, swingu i popu, jak na podróż życia przystało. Wszystko nagrane z pietyzmem, tam gdzie trzeba – ze świetnie brzmiącym big-bandem, tam gdzie trzeba – z wyeksponowanymi klawiszami Russella. Dla starszych – sentymentalny powrót do lat minionych, dla młodszych – lekcja szacunku dla muzyki i słuchacza.

 

Leon Russell, Life Journey, Universal

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj