Recenzja płyty: The Black Keys, „Turn Blue”
Rozmach, że ach
W zachwytach nad tą płytą, jakie się posypią, przesady bym się nie doszukiwał.
materiały prasowe

Dan Auerbach i Patrick Carney mają po 34 lata i w swoim pokoleniu są już jednymi z bardziej utytułowanych muzyków rockowych. Ale dzięki nowej płycie duetu The Black Keys, najlepszej w ich dorobku, można już w maju zacząć grawerować przyszłoroczne nagrody Grammy. Multiinstrumentaliści Auerbach i Carney wykorzystywali elementy bluesa i soulu, na początku w dość ascetycznej oprawie, ale z wyczuciem, i z miejsca brzmieli jak klasycy. Pod producencką opieką Danger Mouse’a stopniowo się zmieniali, a „Turn Blue” to w ich dorobku album najbardziej różnorodny i zrealizowany z największym dotąd rozmachem. Pokazuje to już „Weight of Love” z imponującymi partiami gitar, kojarzącymi się z Lynyrd Skynyrd czy Neilem Youngiem z The Crazy Horse. Reszta przynosi więcej niż dotąd nawiązań do psychodelii, delikatniejszych refrenów, więcej jeszcze finezji i swobody – także w wykorzystaniu instrumentów klawiszowych – zarazem jednak opakowanej w atrakcyjne brzmienie. Dość nieszczęśliwie (a może to wyrachowanie?) dobrany singlowy utwór „Fever” wskazywałby nawet na przesadną pogoń za modą. Nie należy się nim sugerować, a w zachwytach nad tą płytą, jakie się posypią, przesady bym się nie doszukiwał.

 

The Black Keys, Turn Blue, Nonesuch

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj