Recenzja płyty: Jack White, „Lazaretto”
Stylista riffów
Album bardzo różnorodny, który spaja tylko myśl o odtwarzaniu przeszłości muzyki gitarowej – bluesa, hard rocka, garażowego brzmienia z lat 60.
materiały prasowe

Na rynku kolejne wznowienia płyt Led Zeppelin, więc bohaterowie świetnego muzycznego filmu „Będzie głośno” – stary mistrz (Jimmy Page) i młody, który właśnie wydał drugą autorską płytę (Jack White) – będą z nimi konkurować. Dla miłośników licznych talentów Jacka White’a, znanego z The White Stripes, The Raconteurs i The Dead Weather, nie będzie zaskoczeniem, że lubi Led Zeppelin. Mogą się spodziewać kolejnych wycieczek w stronę grupy Page’a. Ale „Lazaretto” to album bardzo różnorodny, który spaja tylko myśl o odtwarzaniu przeszłości muzyki gitarowej – bluesa, hard rocka, garażowego brzmienia z lat 60. (świetny „Just One Drink”), a nawet folku i country, jeśli wziąć pod uwagę choćby ładny „Temporary Ground” ze skrzypaczką i wokalistką Lillie Mae Rische. Jej głos wraca w bardzo przebojowym „Alone in My Home”. To słodko-kwaśna piosenka porozwodowa, deklasująca niedawne wspomnienia z rozstania Chrisa Martina na albumie Coldplay. Podobny jest ton całej płyty „Lazaretto”, rozpoczynającej się cytatem z bluesowej pieśni o kobietach Blind Williego McTella „Three Women”. White jest perfekcyjnym gitarowym stylistą i ze wszystkim tu jest jak z tą piosenką – czego dotknie, już jest jego.

 

Jack White, Lazaretto, Third Man/XL

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj