Recenzja płyty: Trigger Hippy, „Trigger Hippy”

Znacie? To posłuchajcie
Pojęcie „supergrupa” nieco się zdewaluowało przez lata.
materiały prasowe

Niegdyś spotkanie wybitnych gwiazd łączących się w zupełnie nową formację było traktowane jak prawdziwa sensacja świata muzycznego. Tak było w przypadku takich zespołów, jak Cream, Crosby, Stills, Nash and Young czy The Traveling Wilburys z George’em Harrisonem i Bobem Dylanem w składzie. Dziś soliści i muzycy różnych zespołów spotykają się w studiu czy na estradzie w rozmaitych konfiguracjach, przyjmując, często jednorazowo, zupełnie nowe nazwy. Tacy artyści jak choćby Jack White czy Dave Grohl nie mogą długo usiedzieć w jednym miejscu i co pewien czas pojawiają się w nowych „superskładach”. W tej sytuacji trudno uznać płytę amerykańskiej formacji Trigger Hippy za wydarzenie epokowe. Tytułem do mówienia w tym przypadku o supergrupie jest obecność w składzie dwojga renomowanych wokalistów o pokaźnym dorobku indywidualnym, mianowicie Jackiego Greene’a i Joan Osborne. Towarzyszą im dobrzy muzycy sesyjni z Nashville, a także perkusista Black Crowes, Steve Gorman. Muzyka Trigger Hippie to dość przewidywalna mieszanka tego, co gra się na południu Stanów, czyli southern rocka, country ze szczyptą R&B. Nie mamy tu do czynienia z żadnym przełomem ani odkrywaniem nowych lądów, ale ten album gwarantuje przyjemne zetknięcie się ze znaną materią artystyczną przygotowaną przez prawdziwych fachowców.

Trigger Hippy, Trigger Hippy, Rounder

Ocena: 3,5/6

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną