Recenzja płyty: Muse, „Drones”

Ofiary systemu
Brytyjskie trio Muse to dość efektowny przykład zespołu, który przeżuwa tradycję rockową, zaskakując co rusz jakąś inną twarzą.
materiały prasowe

Brytyjskie trio Muse to dość efektowny przykład zespołu, który przeżuwa tradycję rockową, zaskakując co rusz jakąś inną twarzą. Lepsze słowo w ich wypadku to efekciarstwo, bo wszystkie solówki są technicznie wypolerowane, a partie perkusji gęste i mocne. Ich podejście charakteryzuje kult sprawności, słabość do patosu, a melodyjne wokale obudowane są w harmonie rodem z nagrań Queen. Choć w niektórych utworach na tym albumie zdolnego wokalistę-kameleona Matta Bellamy’ego usłyszymy a to w roli Bono („Revolt”), a to nawet Bryana Adamsa („Aftermath” – tu z kolei początkowe partie utworu kojarzą się z U2) – znów nie bez pewnej egzaltacji i wciąż z wykorzystaniem wszelkich dostępnych efektów.

Muse, Drones, Warner

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną