Recenzja płyty: Mike Flanigin, „The Drifter”
Bardzo przyjemny debiut
Brzmienie organów Hammonda zapewnia każdemu z nagrań ujmujące ciepło i nastrój.
materiały prasowe

W przypadku Mike’a Flanigina można użyć filmowego określenia „mistrz drugiego planu”. Flanigin nie jest wokalistą ani frontmanem żadnego zespołu, a jednak jego debiutanckiej płyty „The Drifter” słucha się z niekłamaną przyjemnością. Pochodzący z Teksasu muzyk gra na organach Hammonda i od ponad 20 lat występuje w klubach i na festiwalach, niejednokrotnie akompaniując wielkim gwiazdom świata bluesa. Artysta w końcu zdecydował się nagrać autorską płytę.

Mike Flanigin, The Drifter, Black Betty Records

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną