Recenzja płyty: Brenda Lee, "Brenda Lee"

Brenda Lee sprzed pół wieku
Coś dla miłośników muzycznych staroci

Francuska wytwórnia Magic Records nie ustaje w kokietowaniu zbieraczy – miłośników staroci muzycznych. Niedawno chwaliłem ją za wydany po latach na kompakcie zestaw unikatowych wczesnych nagrań Paula Anki, a tu już następny kąsek – Brenda Lee. Brenda, zanim zanurzyła się w falach muzyki country, jako nastolatka zaskakiwała znakomitymi wykonaniami dynamicznych piosenek z pogranicza rockabilly i rock and rolla. Wtedy właśnie, w latach 1956–1958, powstawały piosenki, które przypomina dzisiaj firma Magic. Jak zwykle u nich, jakość nagrań jest wzorowa.

Płyta brzmi kryształowo czysto i naturalnie, bez generowanych czasem przez czyszczące komputery przerysowań. Zestaw dwudziestu pięciu piosenek zawiera oczywiste przeboje, takie jak „Dynamite” czy „Let’s Jump the Broomstick”, ale też wiele prawdziwych rarytasów. Są tu nawet piosenki, których nie znajdziemy w niesamowitym (ponad 120 tytułów!) czteropłytowym zestawie „Little Miss Dynamite” wydanym przez słynną niemiecką firmę Bear Family. Dodatkowym smaczkiem jest to, że, podobnie jak niedawno album Paula Anki, płyta Brendy wydana jest w kartonowej kopercie, tak jak dawne winylowe longplaye, a samo CD jest czarne, ma okrągłą nalepkę i narysowane rowki jak w tamtych latach...

Brenda Lee, Brenda Lee, Magic Records 2009  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj