Recenzja płyty: Miles Davis. The Complete Birth Of The Cool

Chłodny jazz
Drugi tom jazzowej kolekcji „Polityki” zawiera klasyczne nagrania Milesa Davisa. „The Complete Birth Of The Cool” to początek jego kariery.

Jazzfani wiedzą wszystko o biografii Milesa Davisa, a jednak jego droga twórcza i - generalnie - życiowa wciąż wydaje się zupełnie nietypowa i zaskakująca. Czarni muzycy jazzowi miewali przeważnie trudne dzieciństwo, edukację kończyli na podstawowym poziomie, a ich jedynymi uniwersytetami były muzyczne sceny i ulica. Davis, w odróżnieniu od owej większości, pochodził z dobrze sytuowanej rodziny lekarskiej i trafił do renomowanej uczelni muzycznej Julliard School of Music w Nowym Jorku. Był 1944 r., amerykańskim jazzem rządził bebop, a gwiazdą największą tego stylu był oczywiście Charlie „Bird" Parker. 18-letni Miles uwielbiał Parkera za jego muzyczny talent i łatwo można sobie wyobrazić, co czuł, gdy w 1945 r. otrzymał propozycję grania w zespole „Birda". Nie był jednak wpatrzony w swego idola bezkrytycznie: muzykę podziwiał, ale czuł wyraźną niechęć do wybitnie subkulturowego stylu życia, czyli totalnego braku stabilizacji, nadużywania narkotyków i alkoholu, niesłowności i nieumiejętności funkcjonowania w świecie instytucji.

Można powiedzieć, że Davis na tle Parkera wyglądał na wychuchanego paniczyka, który winien trzymać się z dala od totalnie swobodnej bohemy jazzowej. Tym bardziej nie pasował do niego bebop, sposób gry zdecydowanie bardziej emocjonalny niż intelektualny, przedkładający improwizację nad uporządkowaną partyturę, do czytania której Miles był przyzwyczajony od dzieciństwa.

A jednak Miles słuchał Parkera uważnie, podobnie zresztą jak innego mistrza bebopu Dizzy'ego Gillespiego. Słuchał, chłonął i... myślał nad muzyką, której sam mógł być twórcą. 1948 r. dogadał się z Gilem Evansem i Gerrym Mulliganem co do wspólnych sesji, które mogłyby zaowocować nagraniem płyty. Gil Evans aranżował utwory orkiestry Claude'a Thornhilla, która na gruncie swingu dążyła do podobnego efektu, jak ten wypracowany przez artystów bebopu. Gerry Mulligan tak jak Miles grał na trąbce i fascynował się bebopem, jednak - może dlatego, że w odróżnieniu od większości boppersów był biały - lepiej czuł muzykę europejską, co według Milesa stanowiło istotną przewagę. Miles był bardzo wrażliwy na uprzedzenia rasowe, notabene później często oskarżano go nawet o czarny rasizm, więc szacunek do Mulligana i innych białych muzyków wynikał zapewne wyłącznie z powodów czysto artystycznych, a nie na przykład ideologicznych.

W efekcie Davis namówił Evansa i Mulligana, by założyć dziewięcioosobowy zespół, który mógłby grać jak duża orkiestra. Tak powstał nonet Milesa Davisa, a zarazem prapoczątki nowego stylu, czyli cool jazzu, z czym nazwiska Davisa i Mulligana wiążą się bardzo ściśle.

„Birth OF The Cool" nagrano najpierw dla wytwórni Capitol, a dopiero później w nowej wersji poszerzony materiał wydała Blue Note. Nasi czytelnicy otrzymują zatem płytę podwójną: 12 utworów studyjnych nagranych głównie na sesjach w 1949 r. i 13 utworów koncertowych z 1948 i 1950 r. Wtajemniczonym nie trzeba tłumaczyć, że nagrania to nie tylko początek zarejestrowanego dorobku Davisa, ale też niezwykle ważny moment w całej historii jazzu. Dokładnie wtedy John Coltrane radykalizuje bebop, który przekształca się w tak zwany hard bop, a Davis odkrywa coś nowego, co po kilku latach dopiero zostanie opatrzone nazwą cool jazz. Cool znaczy w tym przypadku chłodny, zdystansowany i Davisowi rzeczywiście chodziło o to, by zdystansować się od żywiołowości bebopu. „Brzmienie wisiało jak chmura" - wspominał po latach Gil Evans.

Płyta nie jest do końca chłodna i zawiera wiele ekscytujących improwizacji Gerry'ego Mulligana, Lee Konitza czy samego Milesa Davisa. Prawdziwy chłód Davisowski przyjdzie później, tutaj mamy jego przedsmak, chociaż historycy muzyki wiążą niemal zawsze „Birth Of The Cool" (zgodnie z tytułem) z narodzinami cool jazzu. Trzeba jednak pamiętać, że w tamtym czasie Miles Davis sam wpadł w szaleństwo heroiny, czym podzielił los innych boppersów z Coltrane'em na czele. To rozdarcie miedzy furią a porządkiem, eleganckim swingiem a chuligańskim hard bopem słychać na „Birth Of The Cool".

Potem Davis odkryje prawdziwy chłód i inne krainy muzyki. Free jazz, fusion, jazz rock, a nawet hip hop. Trzeba jednak pamiętać, że na samym początku była ta właśnie płyta.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj