Rozmowa z Anetą Grzeszykowską
Traktuję siebie jako materię
"Nie jestem typem artysty biegającego z kamerą lub aparatem i szukającego inspiracji w otoczeniu". Rozmowa z laureatką Paszportu POLITYKI w dziedzinie sztuk wizualnych o chłodnej pracy i jej gorącym odbiorze.
'Fotografia jako środek wyrazu interesowała mnie od dawna, mimo że na ASP studiowałam grafikę'.
Michał Mutor/Agencja Gazeta

"Fotografia jako środek wyrazu interesowała mnie od dawna, mimo że na ASP studiowałam grafikę".

Lalki Anety Grzeszykowskiej.
Klarson87/Wikipedia

Lalki Anety Grzeszykowskiej.

'Traktuję siebie jako główną materię swojej pracy. Ale wykorzystuję też najbliższe otoczenie'.
Aneta Grzeszykowska/dzięki uprzejmości Galerii Raster

"Traktuję siebie jako główną materię swojej pracy. Ale wykorzystuję też najbliższe otoczenie".

materiały prasowe

Piotr Sarzyński: – Lubi pani samą siebie?
Aneta Grzeszykowska: – Dość zaskakujące pytanie. Nie wiem. Zarówno na świat, jak i na siebie staram się patrzeć z różnych punktów widzenia. I potrafię obserwować siebie z boku, tak jakbym patrzyła na kogoś innego. Dostrzegam wówczas rzeczy, których w sobie nie lubię, ale to mnie interesuje. Bo mogą się one stać bardzo ciekawym materiałem twórczym na równi z cechami, które akceptuję. Gdyby się zastanowić, chyba nawet to, czego w sobie nie lubię, częściej służy mi za źródło inspiracji.

Pytam o to lubienie, bo w większości dzieł pani postać gra centralną rolę. Nawet przez negację, jak w „Albumie”, w którym wymazała pani swój wizerunek ze zdjęć z rodzinnego albumu.
To prawda, traktuję siebie jako główną materię swojej pracy. Ale wykorzystuję też najbliższe otoczenie – Jaśka [Jan Smaga, twórca, współautor niektórych prac Anety Grzeszykowskiej, prywatnie partner życiowy artystki – przyp. red.], córkę Franciszkę, nasze mieszkanie. Myślę o tym w bardzo praktycznych kategoriach: łatwości dostępu do materiału źródłowego. Nic więcej mi nie trzeba, by opowiadać o tym, o czym chcę. Wystarczą kolejne ciała, które pojawiają się wokół mnie. Mogą być tłem, kontrastem, uzupełnieniem. Nie mam ani aspiracji, ani potrzeby, by ze sztuką wychodzić w strefę publiczną, zderzać swoje „ja” z szerokim otoczeniem i uniwersalnymi problemami społecznymi. To, co tworzę, ma charakter kameralny.

Ale w końcu pani się zderza, na przykład na wystawach, niekiedy tak dużych jak ubiegłoroczna w Zachęcie.
To zupełnie co innego. Wówczas ja zapraszam widzów do mojego świata, a nie wkraczam w ich świat.

A ten „swój świat”… Jak go pani odnajduje?
Zacznijmy od tego, że nie jestem typem artysty biegającego z kamerą lub aparatem i szukającego inspiracji w otoczeniu. Każda nowa praca ma swój początek wyłącznie w mojej głowie, jako koncepcja. Ważne, by ta wstępna idea była spójna, a sprawą drugorzędną pozostaje sposób jej zilustrowania. Wielu twórców bardzo ceni sobie sam proces materialnego tworzenia dzieła sztuki. Dla mnie jednak najciekawsze jest to, co dzieje się w głowie. Później pozostaje tylko wykonanie; dlatego mogę swobodnie balansować między mediami, bo one nie mają zasadniczego znaczenia. To jest już tylko reżyseria, etap zastosowania narzędzi służących wyrażeniu konkretnych myśli, dobór odpowiedniej stylistyki i formalnych środków.

Najczęściej jednak zabierała się pani dotychczas do fotografii i filmu.
Fotografia jako środek wyrazu interesowała mnie od dawna, mimo że na ASP studiowałam grafikę. Wcześniej przez jakiś czas studiowałam też na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Pierwsze prace po dyplomie, które robiliśmy razem z Jaśkiem, dodatkowo silnie zorientowane były na tematykę architektoniczną. Fotografia to dla mnie idealny sposób na bezpośredni związek z rzeczywistością. Nie muszę od zera kreować obrazu – mogę wykorzystać ten, który już istnieje.

Natomiast filmami zaczęłam się zajmować później, bardzo chciałam bliżej poznać to medium. Ciekawił mnie aspekt włączenia do prac dodatkowego wymiaru: czasu. I pokusa, że za pomocą filmu mogę bardziej skutecznie manipulować widzem, sprawiać, by odczuwał silne emocje. Film się do tego świetnie nadaje. Ale przyznam, że początki były bardzo trudne, a walka z medium – straszliwa.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj