Agnieszka Holland o tym, dlaczego kultura jest tak ważna
Dlaczego nie byliśmy Charlie
Rozmowa z Agnieszką Holland – reżyserką, zdobywczynią przyznawanej przez POLITYKĘ i ZAiKS nagrody Kreatora Kultury – o tym, jak marginalizowanie kultury sprawiło, że dziś ludzie nie rozumieją „Idy”.
„Empatię i wyobraźnię uruchamia sztuka i kultura. Widać u nas nie ma ona przełożenia na myślenie i odczuwanie obywateli, nawet tych najbardziej świadomych”.
Karolina Poryzała/HBO

„Empatię i wyobraźnię uruchamia sztuka i kultura. Widać u nas nie ma ona przełożenia na myślenie i odczuwanie obywateli, nawet tych najbardziej świadomych”.

Agnieszka Holland: „House of Cards” to serial filmowych reżyserów – zaczął i sformatował go David Fincher, i producentom zależy, by nie zaniżyć poziomu dalszych sezonów.
materiały prasowe

Agnieszka Holland: „House of Cards” to serial filmowych reżyserów – zaczął i sformatował go David Fincher, i producentom zależy, by nie zaniżyć poziomu dalszych sezonów.

Rozszerzona wersja wywiadu, który ukazał się w papierowym wydaniu POLITYKI Nr 9/2015 (2998)

Janusz Wróblewski: – Odbierając nagrodę POLITYKI, zarzuciła pani Polakom, że nie solidaryzowali się z Francuzami po atakach na „Charlie Hebdo”. Dlaczego ma to źle o nas świadczyć?

Agnieszka Holland: – Nie jest moją rolą stawianie zarzutu jakimkolwiek nacjom. Ale określone zachowania społeczne, reakcje na wydarzenia lub ich brak świadczą o głębszych zjawiskach i mogą budzić pytania i niepokój. Przypomnę, co się stało. Dwójka islamskich fundamentalistów wtargnęła do redakcji satyrycznej gazety, która za swą misję uznaje walkę za pomocą ostrych satyrycznych rysunków i artykułów z wszelkimi objawami autorytaryzmu, fundamentalizmu, fałszywej politycznej poprawności, nowomowy i kłamstw polityków oraz obłudy różnych Kościołów. Następnymi ofiarami tej grupy terrorystów byli policjanci i francuscy Żydzi – klienci sklepu koszernego. Rozstrzelano 12 osób, wśród nich kwiat francuskiego dowcipu rysunkowego. Tak jakby zastrzelili w Polsce za jednym zamachem Mleczkę, Sawkę, Raczkowskiego i Andrzeja Krauze. Zaatakowano ludzi o określonych, lewicowych poglądach, odważnych i konsekwentnych dziennikarzy, obrońców wolności słowa i świeckiego państwa. Dlatego wiele osób na całym świecie utożsamiło się z hasłem „Je suis Charlie”. Nie dlatego, że szczególnie im się podoba twórczość zamordowanych rysowników albo że podzielają ich poglądy. Dlatego po prostu, że bliska jest im praktyczna idea wolności słowa i że wstrząsnęła nimi zbrodnia, która symbolicznie uderzyła we wszystkie wartości. We Francji ludzie wyszli na ulice – wielomilionowa republikańska manifestacja okazała się największą od wyzwolenia, demonstracje solidarności odbyły się również w wielu krajach – w całej Europie, w Amerykach, nawet w Mongolii. Natomiast nikomu w Polsce nie przyszło do głowy, żeby się skrzyknąć i pójść na przykład pod francuską ambasadę. Albo pod pomnik – niedawno odsłonięty – wolnego słowa na Mysiej, przed urzędem cenzury z czasów PRL. Miejsc jest wiele. Musiałam się zastanowić: dlaczego?

Wydawało się widocznie, że nas to nie dotyczy.
To oczywiście nieprawda. Nie tylko dlatego, że świat jest połączony i że problemy jednych odbijają się na innych. Ciężary innych musimy nosić – chcemy czy nie. Ale również dlatego, że w naszej świeżej i słabo zakorzenionej demokracji mamy wielkie problemy ze zrozumieniem i realizowaniem naszych podstawowych wolności. Pamiętamy, że niedawno odwołano w Poznaniu przedstawienie teatralne z obawy przed rodzimymi fundamentalistami, na czele których stał lokalny biskup wspomagany przez lokalnego prezydenta miasta. Podobne naciski zdarzają się częściej w różnych polskich miastach. Wielu silnym grupom interesu w Polsce wydaje się, że demokracja polega na bezwarunkowym dyktacie większości i że wszyscy muszą żyć i działać wedle jednego strychulca. Brakuje elementarnej tolerancji dla praw i poglądów innych, szczególnie słabszych czy mniejszości.

A przede wszystkim brakuje empatii.
Empatię i wyobraźnię uruchamia sztuka i kultura. Widać u nas nie ma ona przełożenia na myślenie i odczuwanie obywateli, nawet tych najbardziej świadomych. Nie spodziewałam się bowiem tłumów w Warszawie w odruchu solidarności z zamordowanymi – choć kiedy u nas w grudniu ’81 wprowadzono stan wojenny, dziesiątki tysięcy Francuzów wyszło na ulice. Ale myślałam, że ruszą się choć dziennikarze, twórcy, ci, których to bezpośrednio dotyczy. Zamiast usłyszałam narzekania na „zły smak” rysunków zamordowanych autorów. Albo to słynne „ale”: bardzo źle się stało, ALE sami sobie byli winni: po co prowokować islamistów, którzy w przeciwieństwie do indyferentnych Europejczyków traktują poważnie swego Boga? Można było niemalże czuć jakieś ciche przyzwolenie na te zbrodnie, a przynajmniej ich lekceważenie.

I to wydało się już pani niebezpieczne?
Szczególnie w perspektywie stojących przed nami zagrożeń. Zanik poczucia solidarności wśród naszych obywateli uderza nie tylko w przypadku francuskich ofiar – ostatnie protesty rolników, którzy blokują drogi swymi pięknymi ciągnikami, są – według słów ich przywódcy – wywołane między innymi niezgodą na pomoc udzielaną przez polski rząd walczącej Ukrainie. Przeciw takiej pomocy (w postaci przyznawanych ukraińskim studentom stypendiów) protestują też niektórzy polscy studenci, a więc nasza wychowana już w wolnej Polsce młodzież… Jeśli chodzi zaś o relatywizacje fundamentalizmów, to ustępując im – grzęźniemy coraz głębiej; „Charlie Hebdo” nie rysowało Mahometa ot tak, dla zabawy. Te – jak je określił jeden z naszych, pożal się Boże, polityków – „infantylne” rysunki były reakcją na wydany przez ajatollahów wyrok śmierci na Salmana Rushdiego za jego wielką powieść „Szatańskie wersety”. Jak pamiętamy, pisarz ukrywał się latami, zamordowano jego wydawców. Ofiarami innych zbrodni ekstremistów padali Żydzi, Amerykanie, pracownicy organizacji charytatywnych i międzynarodowych, również Polacy, dziennikarze… Jedną z odpowiedzi na to krwawe rozpasanie były karykatury Mahometa w duńskim piśmie, a potem okładki „Charlie Hebdo”. Ostatnie dni przyniosły kolejne akty terroru ze strony ekstremistów – w Kopenhadze, w Egipcie. Czy twórcy, wydawcy, księgarze mają się poddać szantażowi terrorystów? Czy Żydzi powinni się zacząć ukrywać, a chrześcijanie w krajach islamu zmienić wiarę? Czy świeckie demokratyczne państwa powinny zawiesić swoje prawa? Jeśli wejdzie się w logikę „nieprowokowania”, wtedy właśnie – a nie kiedy zapanuje „genderowe rozpasanie” zagrażające „białej Europie” – skończy się nasza z trudem, kosztem ogromnych cierpień budowana Europa – Europa pokoju, demokracji i praw człowieka.

Wyraziła też pani poparcie dla Zygmunta Miłoszewskiego zarzucającego polskim elitom politycznym, że mają tupet przychodzić na imprezę ludzi kultury. Na czym polega ten konflikt urzędników i artystów?
To nie konflikt. To jest całkowity, głęboki, wieloletni brak zrozumienia i dialogu. Politycy III RP – w swej ogromnej większości – nie rozumieją i nie doceniają społecznej i tożsamościowej funkcji kultury. Jeśli poświęcają jej jakąś uwagę, to przy okazji takich eventów – i to właśnie chciał wyrazić Zygmunt Miłoszewski. Ale nie o artystów tu chodzi. Ich pauperyzacja, śmiesznie niskie płace, brak elementarnego wsparcia państwa dla spraw socjalnych twórców jest po prostu efektem tego, jak władze – a wskutek braku edukacji również opinia publiczna – traktują kulturę. Jako coś niestety zwyczajowo nieuniknionego – więc musimy czasem budować jakieś sale koncertowe i muzea – ale głęboko nieistotnego. Najlepszym przykładem jest tu potraktowanie przez polityków mediów publicznych – ich funkcja kulturotwórcza, edukacyjna, informacyjna zostały zredukowane do minimum. Istotne są tylko jako przydatne platformy wyborcze. Kolejne ekipy traktują je jak łup, nie jak obowiązek.

Jakie sprawy polskiej kultury uważa pani za najpilniejsze do załatwienia?
Częściowo ujął to już Pakt o Kulturze sformułowany przez Obywateli Kultury. Ale wydaje mi się, że dziś dobrze byłoby otworzyć szeroką debatę społeczną i dyskusję z politykami o tym, jakie miejsce powinna zajmować kultura w naszym życiu i w naszym budżecie. Nie można pominąć tego, jak żyją ci, którzy kulturę tworzą i rozpowszechniają. Hejtujące media i internet widzą tylko wierzchołki góry lodowej: zarobki najsłynniejszych, przede wszystkim celebrytów. To nikły procent. Przeciętny pracownik kultury, z twórcami włącznie, zarabia poniżej średniej krajowej, bliżej do minimum – mówiła o tym niedawno pani minister Omilanowska. Do tego nie ma żadnej pewności stałości zatrudnienia i płacy, socjalnie jest pariasem – nie może wziąć kredytu, nie stać go na prywatne ubezpieczenie, a innego mieć nie może. Ale najgorsze jest to, że przez konsekwentny brak edukacji, niedoinwestowanie lokalnych instytucji kultury, spychanie tej kultury – centralnie i samorządowo – na odległy plan, wychowaliśmy społeczeństwo wtórnych analfabetów, którym można wszystko wmówić, bo nikt im nie dał narzędzi krytycznego myślenia, umiejętności absorbowania bardziej skomplikowanych treści.

A o czym świadczą awantury wokół „Idy”? Uważa pani, że mówienie o antypolonizmie i antysemityzmie tego filmu jest bezzasadne?
Awantura wokół „Idy” świadczy dokładnie o tym, o czym mówię. Polacy, nawet przedstawiciele intelektualnej lewicy – którzy przynajmniej obejrzeli film, choć go nie zrozumieli – utracili narzędzia do bezinteresownego odbioru dzieła sztuki. Wpisują w nie natychmiast swoje polityczne lęki i stereotypy. Wszystko traktują ideologicznie, zero-jedynkowo, konfrontacyjnie. Zapominają, że główną funkcją sztuki nie jest pouczanie, osądzanie, statystyczne wyważanie racji, że jej istotą jest pokazywanie złożoności losów ludzkich, ekspresja wyobraźni, egzystencjalnej rozpaczy i nadziei, poszukiwanie światła i piękna, stawianie pytań, prowokowanie, wzruszenie, empatia.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj