Raphael Rogiński: Muzyka jest moją misją
Tworzę, żeby dzielić się z ludźmi i z perspektywy kontemplacji mieć możliwość obdarowania ich czymś skrajnie dobrym.

Czym jest dla ciebie nominacja do Paszportów POLITYKI?
Radosnym wydarzeniem, które dowodzi, że jest rezonans, że to, co robię, trafia do szerszej grupy ludzi i jest doceniane przez dziennikarzy. To taki miły przecinek w tym, co robię na co dzień. Ale i odsapnięcie. Czuję się jak łosoś, który nie musi akurat płynąć w górę strumienia, tylko po prostu kawalątek w dół. Prądem, ale nie z prądem.

.
AŻ/Polityka

.

Jak byś scharakteryzował to, czym się zajmujesz?
Muzyka jest dla mnie misją. Jestem w jakiegoś rodzaju klasztorze – bardziej klasztorze świata niż w zimnych murach. Tworzę, żeby dzielić się z ludźmi i z perspektywy kontemplacji mieć możliwość obdarowania ich czymś skrajnie dobrym (w sensie intencji).

Jak na to, co robisz, reagują twoi słuchacze? Miewają pretensje?
Miewają pretensje parapolityczne. Sam dialog jest wpisany, mam nadzieję, w moją sztukę. Kultura bez tego nie istnieje. Moi odbiorcy są z każdej grupy społecznej – i to chyba moje największe osiągnięcie. Gram od miejsc kompletnie zapomnianych po metropolie, od pustyni po tajgę, przez tajgę po wsie zaczepione na jakichś lodowcach… To spełnienie, że mogę dotrzeć do tak szerokiej grupy ludzi. Moi odbiorcy to mieszkańcy planety, nie wybrane jednostki.

Kiedy zacząłeś zajmować się muzyką?
Mam wrażenie, że to się stało po urodzeniu, wtedy zacząłem komponować pierwsze utwory. Pamiętam nawet, że śpiew był czymś, co zostawało we mnie i przetwarzało się w całe symfonie. To nie był śpiew imitujący jakieś nagrania z płyt, którymi też byłem otoczony, ale bardziej naturalne dźwięki. Mam wrażenie, że nadal komponuję na zasadach, które zostały mi zaszczepione właśnie wtedy. Później zmagałem się z marzeniem o gitarze. Nie było w moim domu tradycji muzykowania na gitarze. Pamiętam, że naciągnąłem sznurki na deskę od chleba, później na rakietę tenisową, a później zarobiłem na pierwszą gitarę marki Tosca. Bardzo prymitywny instrument, na którym się uczyłem. Przez rok grałem tylko na trzech strunach, bo nie mogłem ich nigdzie kupić… To był w Polsce moment przemian i ciężko było coś znaleźć. Była to prawdziwa szkoła bluesa. Tak wtedy powstawał – dzieci bluesa uczyły się grać na piorunochronie, czyli jednej strunie. Ja miałem trzy. I grałem z początku na gitarze elektrycznej bez wzmacniacza. Na tym musiałem stworzyć swój świat – na niedosycie.

Kto był twoim pierwszym recenzentem, słuchaczem?
Na pewno moja babcia – była świętą osobą. Pamiętam, że kiedy grałem na desce czy rakiecie, babcia przywiozła mi instrument z Uzbekistanu – kemençe, instrument smyczkowy. Ale w naszym domu akurat smyczka nie było. To był pierwszy instrument, który wąchałem, z którym spałem, żyłem. Pamiętam, że miał przy strunach kokardę na główce. To był czysty mistycyzm!

Kiedy już zacząłem grać na gitarze i nagrywać na prymitywny, czterośladowy magnetofon swoje psychodeliczne symfonie, babcia zawsze miała czas, żeby ze mną siedzieć. Kiedy jedliśmy tatara, słuchała moich utworów – to był mój pierwszy, najważniejszy recenzent. Nawet najdziwniejsze rzeczy babcia umiała zrecenzować, wczuć się w ich emocje.

Nad czym teraz pracujesz?
Przede wszystkim nad znalezieniem brzmienia, które byłoby wspólne z tymi czasami, w których żyjemy. To dla mnie bardzo ważne. Jesteśmy świadkami ostatecznego (może nie tak ostatecznego, jak się wydaje) rozrachunku ze złem świata, mitycznej wręcz walki dobra ze złem. Mam wrażenie, że tworzy się przy okazji tego jakiś nowy folklor, który jest kompletnie inny niż kiedyś, choć ma przepiękne źródła w tym, co dawne – w tworzeniu z poczucia misji. Nowe teraz i smutne jest to, że znajdujemy się gdzieś na śmietnisku idei. To poniekąd piękne, ale przytłaczające. To nawet nie postmodernizm, ale powrót do źródeł – żeby się do nich przedostać, trzeba przejść przez to śmietnisko, które wytworzyliśmy po drodze naszego rozwoju. Mam wrażenie, że największą misją i najciekawszą rzeczą, którą mogę robić, jest tworzenie tego folkloru. I mam nadzieję, że należę do bardów, którzy tę współczesną rzeczywistość opisują. W mojej muzyce można usłyszeć różne wpływy, ale tak naprawdę nigdy nie siedziałem nad jakąś konkretną kulturą i nie analizowałem jej więcej niż tylko poprzez doprowadzenie się do transu i wytworzenia podstawy do snów o tych kulturach. W pewnym momencie stajesz się tym, o czymś śnisz. To moja największa inspiracja – bycie medium kultur, medium człowieka ogólnie, nie kogoś konkretnego z Warszawy czy Lublina. Ale w ogóle człowieka.

.
AŻ/Polityka

.

Największe marzenie artystyczne?
Stworzenie podwalin nowego folkloru, który jest nam teraz strasznie potrzebny. Mam też marzenia personalne. Jest wielu muzyków, którzy byli kiedyś blisko ideału, który mi się marzy – tworzą folklor, który ocala ludzi, bo wytwarza poczucie wspólnoty. To, że ktoś jest na scenie, oznacza tylko tyle, że umie odrobinę więcej. A w rzeczywistości jest po to, żeby być z ludźmi. Każdy koncert to jak wspólne siedzenie przy stole, przy którym każdy pokazuje, co umie najlepiej. I kiedy potem wychodzimy z takiego przyjęcia – wychodzimy naładowani energią, którą wcześniej wspólnie wytworzyliśmy. To moje marzenie – żeby takich sytuacji z ludźmi mieć jak najwięcej. Bez publiczności sztuka w ogóle nie istnieje.

Zobacz, za co nominowaliśmy Raphaela Rogińskiego »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj