Rozmowa z Jarosławem Modzelewskim
Raz wygrywam ja, raz obraz

Gdy pytam malarzy o początki, zwykle słyszę, że zaczynali niemal od kołyski, a w przedszkolu już na pewno wiedzieli, że zostaną artystami.

Malowałem, jak każde chyba dziecko, z dużą przyjemnością. Kopiowałem na przykład konie ze znaczków pocztowych i wszystkim się to bardzo podobało. Ale nie wyrastałem z tymi uzdolnieniami ponad przeciętność. W rodzinie nie było tradycji artystycznych, szykowano mnie raczej do dziedzin technicznych. Poszedłem więc do technikum elektronicznego, gdzie uczyłem się całkiem nieźle.

Kiedy więc nastąpił przełom?

Mniej więcej w połowie szkoły średniej. To wręcz banalna historia. W ręce wpadła mi książka o Cezannie, którą moja mama dostała bodaj na imieniny. Zaniepokoiła mnie i zaintrygowała. Nabrałem ochoty, by samemu coś namalować. Kupiłem farby. Moje pierwsze „dzieło” powstało na odwrocie jakiegoś kiczu, który mieliśmy w domu. Mam je zresztą po dziś dzień. Później – bez hałasu – coś tam sobie malowałem, rysowałem. Spodobało mi się na tyle, że zacząłem chodzić na zajęcia plastyczne do Pałacu Młodzieży. Wyglądało to komicznie, bo byłem najstarszy w grupie. Wyrośnięty siedemnastolatek wśród dzieciaków. I tak się wciągnąłem.

Kraj stracił jednego technika, a może i inżyniera.

Rzeczywiście, postanowiłem zdawać na Akademię Sztuk Pięknych. W moim środowisku i dla moich rodziców to była fantazja, ale z wyrozumiałością podeszli do mojego pomysłu. Zgodzili się, ale pod warunkiem, że będę także zdawał na inne studia. Wszyscy zakładali, że na ASP się nie dostanę. Zresztą było bardzo trudno, o jedno miejsce walczyło około dziesięciu kandydatów.

W 1982 r. założył pan z kolegami Gruppę – formację artystyczną, o której głośno było przez następne dziesięć lat. Trzeba powiedzieć, że to rzadkość, by młodzi artyści jednoczyli się w ugrupowaniu. Co was do tego skłoniło?

Odpowiem nieco metafizycznie: winien był duch czasu. Czterech z nas studiowało u profesora Stefana Gierowskiego, dwóch u bliskiego mu artystycznie – profesora Rajmunda Ziemskiego. Mieliśmy zbliżone poglądy na sztukę, podobną potrzebę ekspresji. Wydaje się, że Akademia daje świetne szanse na poznanie się i dobranie artystów. I wielu za tym tęskni, niektórzy próbują, ale z reguły bez poważnego efektu. My przetrwaliśmy.

O wystawach Gruppy i obrazach jej członków napisano wiele. Rzadziej dostrzega się wasze działania pozaplastyczne.

To prawda. Wiele robiliśmy poza malarstwem, ale to dziś odbierane jest i traktowane jako młodzieńcze hece i wygłupy. Tymczasem były to działania dużo głębsze i gdyby im się uważnie przyjrzeć i zanalizować, to być może powstałaby zupełnie inna historia Gruppy. Niestety, zachowało się z tych działań niewiele dokumentacji, przetrwały one głównie w opowiadaniach.

Wydawaliście na przykład własne pisemko „Oj dobrze już”...

Nie tylko. Przeprowadzaliśmy na przykład wiele działań parateatralnych i happeningów. Na przykład w 1989 r. zaproszono nas na otwarcie Teatru Studyjnego w Łodzi. Pokazaliśmy tam swoje obrazy, ale też zorganizowaliśmy akcję. Kiedy publiczność oglądała spektakl „Woyzeck”, my siedzieliśmy w foyer w tekturowych psich budach na głowach i pisaliśmy nowy tekst dramatu. Został on później odczytany publiczności wychodzącej z przedstawienia. Takich działań było dużo więcej.

Wspólne działanie i wystawianie, nawet jeżeli nie związane żadnym wspólnym manifestem programowym, nieuchronnie rodzi pytanie o skalę ograniczeń i wzajemnych kompromisów.

Nie, aktywność w Gruppie zupełnie mnie nie ograniczała. Zawsze podążałem w malarstwie własną ścieżką, której ta wspólnota nie zaszkodziła. A ponieważ nieustannie trzeba było konfrontować własną pracę z tym, co robią koledzy, dość szybko dostrzegłem jej odrębność. Gruppa potocznie była postrzegana jako formacja neoekspresjonistyczna. Mnie takie malarstwo nigdy nie odpowiadało, uważałem, że jest słabo zakorzenione w polskiej kulturze. Gruppa nie zmuszała mnie do żadnych kompromisów, a wręcz przeciwnie, inspirowała.

Ma pan za sobą niezwykłe doświadczenie (które zresztą powtórzyliście ostatnio) wspólnego malowania obrazów z Markiem Sobczykiem. Jak się tworzy obraz we dwóch?

Zaczęliśmy w 1984 r. w czasie pobytu na stypendium w Niemczech. Powstały wówczas cztery wspólne wielkoformatowe prace na papierze. Najważniejsza jest inspiracja, znalezienie motywu. W naszym przypadku były to wspólne przeżycia związane z pewną podróżą. Ten etap traktowaliśmy bardzo poważnie, w wyniku wspólnych, długich rozmów dochodziliśmy do ostatecznych rozstrzygnięć. Później zaś była praca nad kształtem obrazu. Robiliśmy to częściowo indywidualnie, a częściowo wspólnie, konsultując kolejne działania.

Czy takie wspólne malowanie nie jest zaprzeczeniem idei wolności artystycznej?

To było bardzo osobiste doświadczenie wynikające ze wzajemnego zaufania, przyjaźni, podobnego patrzenia na malarstwo i na świat. Oczywiście wymagało nieustannego przekonywania się, uzasadniania partnerowi dlaczego chce się coś zrobić tak, a nie inaczej. Uczyło pokory, ale też inspirowało, uczyło otwartości i wytrzymywania tego, co w sztuce wydaje się nieznośne – artystycznej obecności drugiej osoby we własnym dziele.

W ten sposób powstał trzeci malarz, taki Sobdzelewski?

Nie takie były nasze intencje.

Pańskie obrazy są pełne treści, idei, przesłań, symboli. Czy malując je zastanawia się pan, jak będą odbierane, czy widz odczyta intencje twórcy?

W ogóle nie myślę o dalszym losie obrazu, o tym, co się będzie z nim działo, jak zostanie odebrany. Całkowicie skupiam się na pracy; na potrzebie i inspiracji, która go zrodziła i na dochodzeniu do jego ostatecznej postaci. Czasami obraz „sam się maluje”, zaś przełożenie pomiędzy pomysłem a efektem jest bardzo czytelne. Czasem jednak materia jest oporna, pierwotny pomysł gdzieś się gubi i zaczynam żmudne jego odgrzebywanie. Raz wygrywam ja, raz wygrywa obraz. Ale jest to zawsze moja prywatna sprawa i nie mieszam do tego odbiorcy.

Jest taki dowcip o muzyku, który zawsze wygrywał jedną tylko nutę. Zapytany dlaczego nie gra jak inni, odpowiedział: bo oni szukają, a ja już znalazłem. Myślę, że z pańskim malarstwem jest podobnie.

Sposób wypowiadania się tkwi we mnie tak głęboko jak charakter pisma czy timbre głosu. Z tym niewiele da się zrobić. Ale w tworzeniu zawsze jest potrzeba zmagania się z materią i doskonalenia środków wyrazu. Niegdyś malowałem radykalnie, płasko, niemal schematycznie. To trwało jakiś czas i było dla mnie niezwykle płodne. Ale w pewnym momencie poczułem, że niewiele już z tego wyciągnę, że czas to zmienić.

Czasami inspiracją zmian są konkretne wydarzenia. W połowie lat 80. znalazłem stary elementarz języka rosyjskiego wydany dla republik nierosyjskich. Wstrząsnął mną. Oglądałem na przykład rysunek buta i podpis „but”. Uderzyła mnie ta prostota stwierdzeń. Wtedy zmieniłem sposób malowania, inaczej zacząłem patrzeć na ludzi i szukać innych powodów ich malowania. Ostatnio maluję obraz, na którym wprowadziłem motyw wewnętrznej ramy. Wcześniej wydawało mi się, że nigdy tego nie zrobię, nie lubiłem tego typu podkreśleń, mierziły mnie, kłóciły się z moim widzeniem malarstwa. I oto nagle znalazłem się w sytuacji, do której owa rama idealnie pasowała. Zrobiłem coś wbrew danemu sobie niegdyś słowu, ale też przy okazji czegoś się nauczyłem.

Te zmiany toczą się własnym rytmem, przychodzą nieoczekiwanie. Dla mnie są oczywiste i czytelne, ale być może komuś z zewnątrz wszystkie moje prace – i te dawniejsze i te nowsze – wydawać się mogą podobne.

Odbieram pańską twórczość jako rozpisaną na wiele głosów (obrazów) wariację na jeden temat: samotności. Zgadza się pan z takim odbiorem?

Chyba nie ma co kręcić: zgadzam się. Mam poczucie, że to, co maluję dotyczy samotności i smutku. Nie traktuję jednak tego problemu histerycznie. Lubię ironię, więc znaleźć można czasem w moich pracach trochę śmiechu, trochę pokraczności, trochę naiwności. Może dlatego często maluję dzieci, bo choć kochane, wydają mi się najbardziej zagubione. Podobnie jest z psami. Czasem maluję psy. Mam poczucie pewnej nieprzekraczalnej bariery, która powoduje, że są dla nas niepoznawalne, mimo że je lubimy, towarzyszą nam i wydają się tak bliskie.

Emocje mogą dotyczyć nawet budynku. Obok mojej pracowni stoi dom o bardzo oryginalnej architekturze. Chociaż budowany od lat, jest niedokończony i od lat ja go czasami maluję.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj