szukaj
Anna Smolar o swoich twórczych inspiracjach
Teatr oswaja lęki
Rozmowa z Anną Smolar, laureatką Paszportu POLITYKI w kategorii Teatr.
Anna Smolar
Leszek Zych/Polityka

Anna Smolar

Scena z przedstawienia „Wariatka z Chaillot” w reżyserii Anny Smolar, Teatr Dramatyczny w Białymstoku, 2012 r.
Anatol Chomicz/Forum

Scena z przedstawienia „Wariatka z Chaillot” w reżyserii Anny Smolar, Teatr Dramatyczny w Białymstoku, 2012 r.

Polityka

Aneta Kyzioł: – Oglądała pani relacje z inauguracji prezydentury Donalda Trumpa?
Anna Smolar: – Nie, generalnie takie rzeczy robię z opóźnieniem. W ten sposób rozkładam sobie emocje w czasie, dzięki czemu łatwiej mi pewne rzeczy znieść i na chłodno je analizować. Zamiast tego byłam na premierze „Sonaty widm” w reż. Markusa Öhrna w Nowym Teatrze.

Po premierze słychać było głosy, że sztuka Strindberga była dla reżysera raczej przeszkodą niż pomocą w tworzeniu przedstawienia. Dzisiaj teatry pracują głównie na scenariuszach pisanych na scenie, na adaptacjach powieści, reportaży, esejów, filmów itd. Pani też, dlaczego?
Często sprawiało mi kłopot czytanie dramatu gotowego, zamkniętego – przeważnie z powodu zapisanych dialogów. Praca aktora nad przyswajaniem słów autora wydawała mi się nieraz sztucznym procesem, miałam poczucie, że czas temu poświęcony jest źle skierowaną energią. Zdecydowanie bardziej interesują mnie narodziny spektaklu od drugiej strony: początkowa biała kartka jest niepokojąca i bardzo ryzykowna, ale rozmowy, które stanowią bazę do dalszej pracy, są zawsze gorące, zakorzenione w tu i teraz. Tekst powstaje na próbach, jest wynikiem kolektywnej refleksji i wrażliwości. Z drugiej strony jako widz jestem w stanie zainteresować się dziełem klasycznym, nawet sto razy wystawianym, jeśli widzę, że spektakl powstał z prawdziwej potrzeby, jest autentycznym spotkaniem między reżyserem, całą ekipą twórczą a dramatem. Najważniejsza jest właśnie ta potrzeba, tworzenie czegoś na scenie w określonym czasie, dla określonej publiczności. Drugorzędną sprawą jest, czy to będzie dialog z autorem, czy podjęcie jakiegoś tematu albo badanie danej formy czy konwencji. W ostatnich latach zaczęłam odchodzić od wystawiania dramatów, szukać wypowiedzi osobistych, angażujących wszystkich obecnych na sali. Zaczęło mnie interesować, co się wydarza, kiedy startuje się od okoliczności, od sytuacji, która istnieje, od tematu, który mnie interesuje.

Również od miejsca, jak w zrealizowanych w Teatrze Żydowskim w Warszawie „Aktorach żydowskich”, spektaklu bazującym na biografiach występujących w nim aktorów?
Tam była historia do opowiedzenia, tak silna, że wystarczyło tylko stworzyć warunki, żeby sama zaczęła przemawiać. Podobną rzecz czułam, pracując w Kaliszu nad książką Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie”. Jest tak szczerą i odważną wypowiedzią na temat alkoholizmu, pozbawioną stereotypów, odzierającą z legend i zakłamań, że połączona z osobistymi wspomnieniami czy obserwacjami aktorów może służyć jako swoiste medium. Dotrzeć do widzów i dać im podobną siłę do zmierzenia się z problemami, jaką miała Halber, mierząc się z własnym.

W „Dybuku” z teatru w Bydgoszczy klasyczną sztukę teatru jidysz zderzyła pani z problemami współczesnych gimnazjalistów. Skąd taki pomysł?
„Dybuk” wypłynął z „Aktorów żydowskich”, z pytań, które są tam stawiane: co to znaczy tworzyć dzisiaj w obrębie kultury żydowskiej, opowiadać o świecie, którego w Polsce już nie ma, zwracając się do ludzi, którzy nie są Żydami? Miałam ochotę postawić je na nowo w innym, nieżydowskim kontekście. Na przykład w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, z polskimi aktorami, na ziemi, gdzie co chwila pojawia się przymiotnik „piastowski”, a po żydowskiej obecności pozostał tylko jeden znak – synagoga w Fordonie. Wspólnie z Pawłem Wodzińskim, dyrektorem teatru, uznaliśmy też, że dobrze byłoby stworzyć spektakl dla młodych ludzi. Z Ignacym Karpowiczem zaczęliśmy się im przyglądać, a to był akurat czas apogeum kryzysu uchodźczego. Prowadziliśmy warsztaty z młodzieżą i czuliśmy, jak ten obcy jest demonizowany z dnia na dzień. Więc figura zakochanego w Lei Chanana stała się pojemnikiem na opowiadanie o odrzuceniu, o człowieku, któremu zadajemy cierpienie, a on powraca. Dając nam szansę w pewnym sensie na próbę przemiany. Tak narodził się „Dybuk”: opowieść-rozmowa o miłości i jej braku, o koźle ofiarnym, o internetowym hejcie i obcej, żydowskiej kulturze.

Podejmowanie tematyki żydowskiej ma dla pani wymiar osobisty?
W mojej rodzinie korzenie żydowskie nie były pielęgnowane jako ważny element tożsamościowy. Sama zaczęłam o tym myśleć dopiero, tworząc spektakl w Teatrze Żydowskim. Za pośrednictwem aktorów mogłam się przyglądać własnej historii, zadawać sobie pytania, badać te momenty, kiedy odczuwam identyfikację z czyimś losem, z daną kulturą – a kiedy nie. Jakiś dialog zaczął się rodzić między moją polskością, francuskością a żydowskością, aż poczułam, że to wszystko może się zmieścić w jednym człowieku i nie muszę tak do końca tego definiować. Sam powrót do Polski można pewnie odczytać jako rodzaj szukania korzeni, powrotu do źródeł.

Wybór Polski jako miejsca do życia i pracy nie był oczywisty. Wychowywała się pani w Paryżu, studiowała na Sorbonie literaturę francuską, założyła własną grupę teatralną...
W Polsce zobaczyłam w kontaktach z ludźmi znacznie więcej bezpośredniości niż we Francji – to mnie przyciągnęło, dało poczucie rozwoju, otworzyło mi horyzonty. Ważna była tutejsza zdolność do wchodzenia w relacje bez asekuracji, do głębszych rozmów, bez gier społecznych, które są o wiele silniejsze we Francji. Teatr polski mnie zafascynował, obejrzałam kilka spektakli pod rząd i pomyślałam, że szkoda byłoby wyjeżdżać, chciałam przyglądać się temu z bliska, uczestniczyć w tych poszukiwaniach. Ale też miałam szczęście do spotkań. Teraz jak na to patrzę, to nie wyobrażam sobie, że mogło być inaczej, że mogłam zostać we Francji. Dziś tamto życie wydaje mi się czasem obce. I to jest nieprzyjemne uczucie, zaskakujące, bo przecież kiedy żyłam we Francji, czułam się w pełni Francuzką, paryżanką, to była moja planeta. Zastanawiam się, co się stało z tamtą prawdą o mnie, czasem odczuwam tę cezurę w życiorysie jako pożegnanie.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj