Daniel Rycharski: chłop, artysta, Polak
Wieś jako obca planeta
Rozmowa z Danielem Rycharskim, laureatem Paszportu POLITYKI w kategorii Sztuki wizualne.
Podróżujący po Polsce mobilny Pomnik Chłopa
Daniel Rycharski

Podróżujący po Polsce mobilny Pomnik Chłopa

Tablica wykonana z przetopionych metalowych figurek Jezusa
Daniel Rycharski

Tablica wykonana z przetopionych metalowych figurek Jezusa

Daniel Rycharski
Leszek Zych/Polityka

Daniel Rycharski

Polityka

Piotr Sarzyński: – Jak by się pan określił? Jako chłop? Artysta? Polak? Mieszkaniec Kurówka?
Daniel Rycharski: – Na pewno ważna jest samoidentyfikacja wiejska. Także artystyczna, bo jestem wykształconym artystą z tytułem doktora i akademickim wykładowcą. Ale też widzę siebie jako aktywistę zaangażowanego w różne działania. Nie tylko związane ze wsią, ale również z grupą Wiara i Tęcza, czyli chrześcijan spod znaku LGBT.

Co dziś oznacza być mieszkańcem wsi?
Główny kłopot to taki, że w mojej i sąsiednich wsiach praktycznie nie ma już ludzi, którzy żyliby z roli. Pracują w miastach, a tu tylko mieszkają. A co oznacza tu mieszkać? Wiele problemów. Od wykluczenia z dostępu do miejskiej kultury po wykluczenie ekonomiczne. Większość ludzi żyje w skrajnej biedzie. Dużym problemem, o czym wie się dużo mniej, jest wykluczenie społeczne. W 2015 r. prowadziłem takie parabadania wśród rolników z całej Polski zrzeszonych w Solidarności, którzy protestowali pod Kancelarią Premiera. Oczywiście narzekali na ceny skupu czy zasady obrotu ziemią. Ale głównie doskwierało im to, że ze wsi masowo uciekają kobiety i młodzież. Ich problemem jest samotność.

Pan wrócił.
Ale spośród moich rówieśników, którzy wyjechali do miast uczyć się i studiować, jestem jedyny. Zasadniczo pozostają starzy mężczyźni. Jest tu niedaleko taka wieś, niegdyś prężny ośrodek gminny, która wyludniła się całkowicie. Kupił ją ktoś z Warszawy i organizuje tam samochodowe wyścigi terenowe.

Wspomniał pan o kulturze miejskiej. A istnieje kultura wiejska? Jeśli nie liczyć skansenów, folkloru, przyśpiewek czy ludowych tańców.
Choćby muzyka disco polo. Tylko jej wszyscy tu słuchają. Nawet młodzież nie ma potrzeby innych muzycznych doświadczeń. Disco polo króluje na wiejskich dyskotekach. Tu nigdy nie było teatrów, kin czy muzeów. Najgorsze, że zniknęły takie instytucje, jak koła gospodyń wiejskich, remizy, domy kultury, punkty biblioteczne. A w ślad za tym różne inicjatywy i imprezy, które wokół nich były skupione. Dożynki, ognisko, wystawa, cokolwiek. A potrzeba spotykania się jest na wsi olbrzymia. Tylko gdzie to robić? Przy drodze?

Są jeszcze święta kościelne…
Na które trzeba dojechać do najbliższego kościoła, często kawałek drogi. Zresztą także na wsi wyczuwalny jest kryzys autorytetu Kościoła.

Przejdźmy do pana drugiej tożsamości: artysta. Nie daruję sobie tradycyjnego pytania: dawno się zaczęło?
Do szkoły podstawowej chodziłem do pobliskiego Suska. Po piątej klasie zaproponowano mi przenosiny do Sierpca, bo nauczyciele stwierdzili, że tylko tam mogę rozwijać swoje zdolności artystyczne. A później było liceum plastyczne w Płocku i studia w Krakowie. Słowem zaczęło się wcześnie i, jak pan widzi, byłem w tym konsekwentny.

Nie bliżej było do Torunia, Warszawy czy choćby Gdańska? Czemu Kraków?
Zadecydował przypadek. Na pracę dyplomową w liceum wymyśliłem sobie taką multimedialną instalację inspirowaną opowiadaniami Sławomira Shuty. Co ciekawe, to był 2004, pół roku później otrzymał Paszport POLITYKI. Nawiązałem z nim kontakt, który po przeprowadzce do Krakowa zamienił się w dość regularną współpracę.

W pana biografii można wyczytać, że tworzyliście dwuosobową artystyczną grupę.
Wspólnie zrobiliśmy naprawdę duży projekt „Miejska sztuka ludowa”. Polegał na tym, że opowiadaliśmy sobie nawzajem różne historyjki z życia wsi (Shuty pochodzi z Nowosądecczyzny). Później on je spisywał w formie opowiadań, łączyliśmy to z tanimi filmami grozy i wycinankami z szablonu, według techniki, którą na potrzeby tego projektu wymyśliłem. Powstała z tego duża wystawa z 27 wielkoformatowymi pracami pokazywanymi w Łodzi i Wrocławiu. Później był wspólny film „Oblubienica” nagrany w moim rodzinnym Kurówku, aż w końcu nasze drogi się rozeszły.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj