szukaj
Zrozumieć lodowce
Rozmowa z Marzanną Bogumiłą Kielar, laureatką Paszportu "Polityki" w dziedzinie literatury.

Andrzej Stasiuk napisał o pani ostatnim tomiku "Materia prima", że jest to książka bluźniercza, ponieważ "ośmiela się nazwać rzeczy w sposób tak prosty i jednoznaczny, jakby je właśnie stwarzała" oraz że zbliża ją to niemal do zen. Marian Stala użył określenia: Marzanna Bogumiła Kielar - poetka bezczasowego olśnienia. Co zdaniem autorki może skłaniać krytyków do stosowania tych niemal religijnych formuł na określenie pani poezji?

Obaj krytycy chyba trafnie odczytują moje intuicje. Poezja jest dla mnie funkcją miłości, nienasycenia urodą świata. Tak, potrafię przeżywać prawdziwe olśnienia. Zarazem poezja w sposób prosty i jednoznaczny stawia mnie wobec rzeczy ostatecznych, wobec śmierci, okrucieństwa natury, milczenia Boga.

Dzisiaj niewielu jest chyba ludzi zdolnych do przeżywania prawdziwego olśnienia.

Z pewnością są to ci, którzy sięgają po poezję, malarstwo, muzykę. Nie stanowią większości w społeczeństwie, ale wciąż można ich spotkać.

Czy zadaniem poety jest budzenie w ludziach wrażliwości? Czy poeta ma w ogóle dzisiaj jakiekolwiek zadania?

Poeci nie mają żadnej szczególnej misji do spełnienia. Poezja nie potrzebuje już usprawiedliwiać swego istnienia względami patriotycznymi czy moralistycznymi. Rola poety jest w istocie bardzo prosta: żyć swoim życiem, pisać. Iść swoją drogą - dokądkolwiek by ona prowadziła. Bez gwarancji, że się nie zabłądzi czy popadnie w niebezpieczeństwo. Niektórzy być może sądzą, że istnieją drogi i role pewne - tak, ale to ścieżki umarłych. Jedyną powinnością poety jest pisać dobrze, najlepiej jak się potrafi, nie zakłamując siebie. To wszystko. Będzie wielkim szczęściem, jeśli czytelnik trafi na wiersz, który coś w nim poruszy, czegoś dotknie, otworzy inny świat, odmieni.

Będąc poetą ma się niewielkie szanse na docieranie do milionowej publiczności. Dziś może nawet jeszcze mniejsze niż dawniej.

Niemiecki poeta Hans Magnus Enzensberger ustalił konkretną liczbę odbiorców poezji. Jest to stała, która nie zależy ani od wielkości kraju, ani od zamożności jego obywateli. I w Stanach Zjednoczonych, i na Islandii wynosi ona 1354 osoby... Jest to, jak widać, mała, ale zdecydowana i stabilna mniejszość. I na nią, jak potwierdzają moje obserwacje, zawsze można liczyć.

Pani wiersze można znaleźć w wielu antologiach, polskich i zagranicznych czasopismach literackich. Wydała pani jednak tylko dwa tomiki, na dodatek w przedziale aż siedmiu lat. To dość oszczędne gospodarowanie talentem...

Myślę, że w przyszłości będzie lepiej i że te przerwy między kolejnymi książkami nie będą takie długie. Jestem perfekcjonistką i nad jednym wierszem potrafię spędzić bardzo dużo czasu. Poza tym dość późno wydałam swoją pierwszą książkę. Miałam 29 lat, było to 7 lat po moim debiucie prasowym. Bardzo długo uciekałam przed pisaniem poezji i choć podskórnie czułam, że nie ucieknę daleko, wciąż próbowałam wybić sobie to zajęcie z głowy. Teraz już zaakceptowałam ten stan, wraz ze wszystkimi niewygodami tego wyboru. Do tej pory pisanie wiązało się dla mnie z odsunięciem od życia, z odmową udziału w spotkaniach towarzyskich, z odrzuceniem prasy, telewizji. Zrezygnować z życia jest niezwykle trudno. Może z czasem uda mi się jednak to wszystko ze sobą pogodzić.

 

A jak wygląda pani praca nad wierszem? Czy tak jak radził Flaubert mówiąc, że natchnienie polega na tym, aby zasiadać do pracy zawsze o tej samej godzinie?

Ja zasiadam wcześnie rano. Niestety nie codziennie - bo piszę zrywami - ale kiedy już zaczynam, potrafię przez wiele dni utrzymać wielogodzinny rytm, z jedną przerwą około trzynastej. Potrzebuję naprawdę dużo czasu. Nigdy nic u mnie nie powstaje z gotowej wiedzy. Kiedy siadam przed kartką papieru, mam może dwa słowa, jedną frazę lub jakiś rodzaj muzyki. I rodzaj wewnętrznej konieczności, żeby to zapisać. To, jaki będzie koniec wiersza, jest dla mnie zupełną zagadką. W tym sensie pisanie jest dla mnie rodzajem poznawania.

Poznawania czego?

Siebie, świata, który w sobie noszę. Pisanie paradoksalnie odsłania mnie samej sobie. Pokazuje mi rzeczy, o których istnieniu miałam jedynie mgliste przeczucie. Nie do końca rozumiem te procesy. Rację przyznaję André Malraux, który powiedział, że zrozumieć twórczość pisarza, to zrozumieć, że spełnia on również i to, czego nie pojął.

Czy pisząc mocuje się pani z językiem?

Tak, oczywiście. Język jest tworzywem, które stawia opór. Bardzo uważam, by nie dać się mu uwieść i sprowadzić w rejony łatwości i banalizmu. Staram się znajdować nowe słowa i zestawiać je tak ze sobą, aby brzmiały świeżo i zaczepiały, zastanawiały czytelnika. Zdarza się, że moi koledzy piszą w sposób zbyt płytko osadzony w rzeczywistości, nadto polonistyczny. W poszukiwaniach własnego języka pomagają mi moje naturalne zainteresowania. Czytam nie tylko prozę Schulza i Prousta, ale również książki z geomorfologii ziemi i glacjologii. Mam takie dwa ulubione tytuły, do których często wracam - "Zrozumieć lodowce" i "Glacjologia" Jacka Jani.

 

 

Czy szuka pani w tych książkach także harmonii i uspokojenia?

Tak, to między innymi różni prace naukowe od poezji, która jest dla mnie czymś, co niepokoi. Poezja powinna być takim ostrzem, które otwiera w nas to co banalne, by przybliżać ku jakiejś prawdzie. Liczy się dla mnie to, co artysta potrafi powiedzieć o sobie, o swoich wątpliwościach, pytaniach, fascynacjach, zagubieniu. Powiedzieć coś, co mnie poruszy, wstrząśnie, odmieni. Powiedzieć mając do dyspozycji rzeczownik, czasownik, przymiotnik, paletę barw lub dźwięków. Zawsze ceniłam najwyżej tych autorów, których wiersze nie dawały mi spokoju.

Czyli kogo?

Lista nazwisk jest bardzo długa: Transtroemer, Celan, Amichaj, Kawafis, Miłosz, Elisabeth Bishop, Julia Hartwig. To tylko kilka przykładów.

Zwłaszcza ta ostatnia poetka wydaje mi się, jako czytelniczce, kimś szczególnie pani bliskim. A dokładnie jej sposób uważnego oglądania i kadrowania świata.

Julia Hartwig jest rzeczywiście dla mnie bardzo ważną autorką. I jej sposób patrzenia jest pokrewny mojemu. Zwłaszcza wyczulenie na dramatyzm zjawisk rozgrywających się w przyrodzie. Ja również jestem poetyckim wzrokowcem. Myślę i zapamiętuję obrazami.

Stałym motywem pani wierszy jest pewien szczególny typ niepokojącego pejzażu.

Duży wpływ na mój sposób percepcji miało otoczenie, w jakim się wychowałam, czyli Mazury. Z dzieciństwa zapamiętałam na przykład porośnięte trawą schody, schody prowadzące donikąd, bo dom, do którego należały, został zburzony. To również kraina niezwykłego walczącego ze sobą nieba. Proszę sobie wyobrazić na przykład czerwono-czarne zachody słońca. W porównaniu z tym niebo nad Mazowszem jest jednostajne i przewidywalne. Północ jest surowa, piękna i zimna - wydaje się być zajęta tylko sobą i nie zostawia nadziei, że człowiek jest czymś więcej niż tylko przelotnym pyłem w niepojętym spektaklu, który tam się rozgrywa. Byłam kiedyś na wyspie Faro na Bałtyku, miejscu, gdzie mieszka Bergman. Na brzegu szarej plaży, w otoczeniu wielkich głazów i zimowego morza, poczułam, że oto stoję oko w oko z absolutem i nic tego nie przesłania. Właśnie tam, gdzie wszystko jest takie nagie, doświadczyłam najsilniejszej konfrontacji z wiecznością. Nie dziwi mnie, że Andrzej Tarkowski swój ostatni film zrealizował na wyspie na Bałtyku.

Natura naga, zimna i przez to bardziej pociągająca?

Z pewnością tak, ale to się zmienia. Właśnie zaczęłam poznawać krajobraz jednego z najpiękniejszych krajów śródziemnomorskich, Izraela. I poznaję go w sposób najbardziej fascynujący z możliwych - patrząc oczyma mężczyzny, którego kocham.

 

 

Pani duch jest jednak z Północy...

Tak, to na pewno jedna z istotniejszych części mojej natury. Chociaż znacznie częściej spotyka się ludzi "południowych". Moi ulubieni artyści są jednak z tamtej zimnej części świata.

W pani wierszach, które zawsze tak intensywnie portretują otoczenie i pejzaż, nie ma śladu Warszawy. Czytając ostatni tomik nikt by się nie domyślił, gdzie mieszka jego autorka.

A czy oglądając obrazy Chagalla można dostrzec Paryż? To przecież jest ciągle Witebsk. Czuję się w pewnym stopniu emigrantką. Świat, z którego wyszłam, ukształtował mnie i jest we mnie do tej pory. Jak powiedział Lawrence Durrell, jesteśmy dziećmi krajobrazu, w którym żyjemy, to on dyktuje nam sposób bycia, a nawet myśli - o tyle, o ile na jego bodźce reagujemy. Możliwe, że w Warszawie mieszkam po prostu za krótko i zbyt często z niej uciekam, wybierając te rejony, które kocham, w których czuję puls mojej krwi.

Czyli Mazury.

Tak, choć nie tylko. Również Gotlandia - wyspa na Bałtyku, na którą wybieram się w tym miesiącu, żeby pisać. Również Izrael, skąd wróciłam kilka dni temu - wciąż mam pod powiekami widok z Wyżyny Golan na Jezioro Galilejskie, jeden z najbardziej mistycznych i zapierających dech w piersiach... Jednak kiedy przez pół roku jako stypendystka mieszkałam w Niemczech, koło Stuttgartu, czułam się jakby bardziej u siebie. Widziałam te same drzewa, które rosną na Mazurach, te same krzewy dzikich róż, te same stajnie z kamienia, z metalowymi okuciami okien i dachami krytymi czerwoną dachówką. Moją pierwszą ojczyzną jest pejzaż, pejzaż poniemiecki.

Jaką funkcję, prócz estetycznej, może mieć pejzaż w poezji?

Może być na przykład, tak jak dla mnie, rodzajem medium, poprzez które usiłuję odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań. Również rodzajem kryjówki pozwalającej nie ujawnić siebie do końca.

Pani ostatni tomik nosi tytuł "Materia prima", zaczerpnięty z ostatniego wiersza. Co jest tą pierwszą, najważniejszą materią? Czy odpowiedzi należy szukać w klasycznej filozofii?

Przyznam, że pisząc nie myślałam wcale o Arystotelesie. Kiedy powstawał ten tom, materią pierwszą była dla mnie śmierć. Ale to oczywiście nie jest jedyna obowiązująca interpretacja. Materią pierwszą jest też miłość. Ale o tym będzie pewnie dopiero w nowych wierszach.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj