O drodze do duszy i innych historiach
Rozmowa z Jerzym Pilchem, zdobywcą Paszportu "Polityki" w dziedzinie literatury

KATARZYNA JANOWSKA: - Dostałam zadanie przybliżenia czytelnikom sylwetki poczytnego autora. W pana przypadku nie jest to proste, gdyż posiada pan co najmniej dwie sylwetki godne przybliżenia: poczytnego felietonisty i poczytnego pisarza. Kim się pan bardziej czuje?

JERZY PILCH: - Uważam się za prozaika pisującego, coraz zresztą rzadziej, felietony. Szerzej tego nie rozwijam, ponieważ tego, kim się naprawdę czuję, w żadnym wypadku nie mogę pani powiedzieć.

Czytając pańską prozę, np. "Spis cudzołożnic", można natknąć się na fragmenty, w których nie jest pan w stanie opanować zamiłowania do szybkiego i efektownego flirtu z czytelnikiem. Czy Pilch-felietonista przeszkadza Pilchowi-prozaikowi?

Szybki i efektowny flirt nie wyklucza wielkiej i głębokiej miłości. Odwracam porządek pytania i mówię tak: mam wrażenie, że pisanie prozy do tego stopnia pomogło moim felietonom, że prawie przestałem pisać felietony, w związku z czym ich szkodliwość stała się nikła.

Do literackiej nagrody Nike został pan jednak nominowany za zbiór felietonów, nie za prozę, mimo że w ubiegłym roku obok felietonów ukazała się pańska powieść "Tysiąc spokojnych miast". Czy czuł się pan rozczarowany?

Już to raz gdzieś powiedziałem; obojętne za co dali tę nominację, grunt, że dali. Do "Tysiąca spokojnych miast" jestem bardzo przywiązany. W przypadku tej powieści mam poczucie pewnego pisarskiego spełnienia. To jest dla mnie daleko istotniejsze od publicznego prestiżu, skądinąd zresztą nie mam najmniejszych powodów, by uskarżać się na recepcję tej powieści. Przeciwnie.

A może odchodzi pan od felietonów, bo ma pan dość przysparzania sobie wrogów? Niedawno zniszczył pan w felietonie "Wilczy notes" Mariusza Wilka, polecany zresztą na łamach "Tygodnika Powszechnego", narażając się na gromy ze strony m.in. Stanisława Lema. Nie po raz pierwszy ugodził pan boleśnie. Nie oszczędza pan ani swoich, ani obcych.

Istotnie, niektóre reakcje budzą obrzydzenie. Nie trzymam się innych zasad, poza zasadą pisania prawdy, mojej prawdy. W roli jadowitego felietonisty nie mam żadnej powinności obiektywizmu. Przeciwnie, mam prawo, a nawet powinność bycia boleśnie subiektywnym. Gdy rozczarowuje mnie jakaś książka, daję silny wyraz swemu rozczarowaniu.

Nie zdarza się panu uderzać na oślep?

Na oślep nie. Faktem jest, że kiedy zaczynam ostro pisać, przestaję się hamować. Wskakuję na tego konia i nie ukrywam, czuję przyjemność z galopu. W felietonie trzeba stosować środki bokserskie. Trzeba tak uderzać, żeby bolało. Czytelnik jest żądny krwi. Chce ją zobaczyć na ostatniej stronie pisma, zwłaszcza takiego jak "Tygodnik Powszechny".

Ostatni tom felietonów "Bezpowrotnie utracona leworęczność" jest literackim sygnałem, że ma pan dość walki wręcz. Pierwszy zbiór "Żal z powodu utraconej furmanki" był komentarzem do przemian z początku lat 90., w "Tezach o głupocie, piciu i śmierci" doraźność wypierana jest przez problemy natury egzystencjalnej. Tom kończy się felietonem pt. "Wisła jako duchowa forma życia", który można odczytać jako pożegnanie z klasycznym felietonem i jego tematyką.

Sprzyja mi takie odczytanie. Jest trafne.

 

Napisał pan: rzeczywistość znika, zostaje tylko rytm pisania felietonów. Czy to znaczy, że z felietonowego rytmu, odartego z materii codzienności, może urodzić się literatura?

Pisanie jest fachem, który musi mieć rytm. Nie może być tak, że w styczniu napiszę stroniczkę, do której wrócę jesienią. To nie jest pisanie, to jest frajerstwo. Kiedy skończyłem pisać "Tysiąc spokojnych miast", Wydawnictwo Literackie zwróciło się do mnie z propozycją, żebym podpisał z nimi umowę na cokolwiek. Odmawiałem, bo przecież nie da się we wtorek rano skończyć pisać jedną książkę, a wieczorem zacząć następną. Oni jednak nalegali. Wpadłem więc na pomysł, że może jest to okazja, by się urlopować od cechującej mnie schizofrenii: rano felietonistyka, a po południu proza. Postanowiłem pisać książkę w odcinkach i drukować ją na ostatniej stronie "Tygodnika Powszechnego". Początkowo zakładałem, że życie przyniesie mi tematy. Kraków z jego różnymi postaciami, życie towarzyskie i erotyczne w "Tygodniku Powszechnym", bankiety, skandale - miały złożyć się w coś na kształt "Kalendarza i klepsydry" Konwickiego. Tymczasem okazało się, że od codzienności bliższa jest mi moja pamięć. Zamiast zakładanych szyderczych portretów moich współczesnych, wyszły mi niekiedy nostalgiczne portrety moich nieboszczyków. Tak to się zwyrtło w istotny sposób, nad czym specjalnie nie boleję.

Czy to znaczy, że pamięć przynosi ciekawsze obrazy niż teraźniejszość?

Teraźniejszość pozornie należy do wszystkich, moja pamięć tylko do mnie. To jest frapujące wchodzić w obraz świata, którego nie ma, ale którego doświadczam bardzo intensywnie. Próbuję, daremnie zresztą, dociec jego prawdy. To jest narkotyczne. Teraźniejszość też bywa ciekawa, nie ma co ukrywać. Chociaż pewnie ciekawsza będzie wedle tych, co dobrze ją zapamiętają.

Zmitologizowana Wisła opanowuje pańską twórczość.

Być może rzeczywiście jestem pod względem literackim w korzystnej sytuacji, bo mam na podorędziu galerię niezwykłych, egzotycznych przodków. Nauczyłem się, pewnie z wiekiem, w ich zwyczajnych losach dostrzegać niezwykłości. Choćby mój dziadek, stary Kubica, o którym pisałem, a przecież nie opisałem jeszcze jego prawdziwie tołstojowskiej pod koniec życia ucieczki czy wyprowadzki z domu. Postaci, które uruchamiam w "Leworęczności", choć z autobiografii wzięte, wiodą niekiedy jakieś zaskakujące, fikcyjne żywoty. Im bardziej próbuję się do nich zbliżyć, tym bardziej stają się niedostępni. Deszyfracja przekazów rodzinnych, w których nieraz nie wiem, co jest prawdą, a co zmyśleniem, jest ciekawsza, niż wymyślanie powieści.

Powrócił pan, za sprawą swojej prozy, do świata uporządkowanego. Wisła w pana powieściach jest uładzona. Być może dzięki warstwom nostalgii, w które ją pan opakowuje z humorem, ale i z czułością?

Pisanie jest zawsze, może nie tyle porządkowaniem świata, co nadawaniem mu pewnej definitywności. W gruncie rzeczy wiem o nim bardzo mało, ale zapisany istnieje. Uświadomiłem sobie niedawno, że "Miasta" i "Leworęczność" pisałem według prastarej literackiej zasady, żeby mianowicie było piękniej. Wszyscy moi bohaterowie są szlachetniejsi, niż byli w rzeczywistości, trochę intensywniejsi, mówią trochę doskonalszą polszczyzną i są większymi filozofami, niż w rzeczywistości byli. Ale istnieli naprawdę. Teraz na przykład się mówi, że nikt nie przewidywał, że komunizm upadnie za naszego życia. A ja pamiętam, że do mojej babki w latach 60. przychodził stary Markowczan, miejscowy filozof, przy okazji złota rączka, który mówił: ciotko, komunizm wydzierży trzycet roków. Więcej ni ma prawa.

 

Nikt w Polsce nie miał pojęcia, kiedy upadnie komuna, a stary Markowczan z Wisły przewidział to co do roku.

Inna sprawa, że moi ziomkowie znali płynność systemów politycznych, bardzo naocznie doświadczali ruchliwości granic. Dziadek Czyż urodził się na Stożku, na granicy z Czechami, wytyczonej zaledwie parę kroków od chałupy. Chłop rano wychodził za potrzebą, zaczynał lać w Polsce, a kończył za granicą. Gdy się ma takie doświadczenia biograficzne, trudno wyrobić sobie przesadnie nabożny stosunek do administracyjnej stabilności świata. Na tych terenach byli Austriacy, Czesi, była Polska, potem Niemcy, potem znowu Polska. Moja babka protestantka też nigdy nie uważała, że komunizm jest czymś poważnym i trwałym. Dla niej poważnym przeciwnikiem był, rzecz jasna, katolicyzm.

Protestant w katolickim piśmie to bardzo literacka sytuacja. Czy protestantyzm jako rodzaj egzotyki wyznaniowej w Polsce jest dla pana poręcznym kluczem literackim?

Nic na to nie poradzę, że moja babka była ortodoksyjną luteranką, że brat mojej matki jest pastorem, że podczas każdego istotnego święta przy moim stole siedziało trzech pastorów i śpiewało psalmy, że kościół był 50 metrów od chałupy, że dziadek był kuratorem zboru. Moje dzieciństwo, a dzieciństwo jest dla człowieka piszącego często rozstrzygające, było ewangelicko-augsburskiego sensu nie stricto, lecz largo.

Mam w pamięci postaci i obrazy, które ciągle powracają. Planowałem np., że w "Tysiącu spokojnych miast" nie będzie już wielu akcentów protestanckich, a wyszła mi niemal obsesyjnie tematyka ewangelicka. Takie było moje dzieciństwo i takie jest dzisiaj moje pisarstwo.

W pańskich utworach narracja pełni szczególną rolę. Bohaterowie są nie tylko przedmiotami, ale i podmiotami narracji. Pan Trąba z "Tysiąca spokojnych miast" dostaje nagrodę od Naczelnika w momencie, gdy wymyśli ciekawą frazę. Czytelnik czuje, że pańscy bohaterowie muszą opowiadać swoje historie.

W powiedzeniu, że dzięki gadaniu człowiek żyje, jest trochę, a może nawet sporo prawdy. Lubię postaci opowiadaczy, lubię sam opowiadać, literatura według mnie jest sztuką opowiadania. Gdy byłem młodszy, wydawało mi się, że literatura jest figurą czasu albo dawaniem obrazu rzeczywistości, albo rozstrzyganiem istotnych problemów. Dzisiaj jestem pewien, że literatura to opowiadanie ciekawych historii. Nie należy zakładać z góry, że spełni jakąś dodatkową funkcję. Trzeba opowiadać dla urody opowieści. Jest to rozrywka, oczywiście specyficzna. Co parę lat np. wracam do "Czarodziejskiej góry" i pozornie jest to próba ucieczki od rzeczywistości, ale tak naprawdę - intensywne przedłużenie świata, także w warstwie realistycznej. W końcu z "Czarodziejskiej góry", poza wszystkim innym, można się dowiedzieć, w co ubierały się panie do śniadania, gdzie była palarnia i co podawano na obiad. Literatura jest więc ucieczką, która staje się zarazem poznaniem.

Bardziej w literaturze pociąga pana realizm czy tajemnica, która niespodziewanie objawia się np. w biografiach pańskich przodków?

 

Pociąga mnie tajemnica w literaturze, ale poprzez konkrety. W przeciwnym razie wszystko stanie się ulotne. Mogę dociekać sekretu Kubicy, ale muszę jednocześnie wiedzieć, że on sam robił wino w dymionie, że jak już stracił cierpliwość, to nie obierał porzeczek, tylko wrzucał wszystko razem z kłączami do odpowiedniego naczynia i z tego powstawał mroczny trunek, że nosił kapelusz i miał swoje ulubione miejsce w gospodzie. Do duszy dochodzi się po przedmiotach.

Po jakich przedmiotach?

Po przedmiotach, które zostają po umarłych. Z domu w Wiśle najpierw wszyscy, łącznie ze mną, się wyprowadzili. Zostali tylko dziadkowie. Potem pomarli. Z istot żywych zostało stado kur, sąsiad Jurek Szturc je karmił, potem lis wydusił kury, zostały sprzęty, meble, przedmioty i te przedmioty zaczęły wieść bardzo ruchliwe życie. Przyjeżdżałem do Wisły, zaglądałem tam i zawsze mi się wydawało, że fotel, w którym przesiadywał dziadek, jest za każdym razem trochę inaczej ustawiony. Życie przedmiotów - wielki temat. Stare rupiecie, młynek do kawy, blaszany czajniczek na gorzałkę, świecznik, co stał na wigilijnym stole, "Kancjonał" księdza Heczki to są emblematy mojego świata.

Mówi pan, że literaturę pisze się dla urody, że nie pełni ona żadnych dodatkowych funkcji. Ale czy tylko dla urody pisze się opowiadanie takie jak "Pamiętnik znaleziony na korytarzu szpitalnym", w którym opisuje pan pobyt na oddziale dla alkoholików i narkomanów?

Zostawmy to. Jest to taki temat, że jak się o nim za dużo gada, robi się on, nawet mimo swej tragiczności - podejrzany.

Debiutował pan jako twórca "Wyznań autora pokątnej literatury erotycznej", później był "Spis cudzołożnic", "Inne rozkosze". Ale, wbrew towarzyszącej panu aurze skandalisty, kobiety w pana utworach, gdy im się dobrze przyjrzeć, są podejrzanie cnotliwe. Kochanki z naganą przepytują pańskich bohaterów, dlaczego zdradzają żony. Bohaterka "Innych rozkoszy" jedzie do domu kochanka nie dlatego, że chce go zniszczyć, ale z tęsknoty za uporządkowanym życiem rodzinnym, prostytutka z "Lisiej jamy" opiekuje się alkoholikiem, cudzołożnice okazują się koleżankami z wykładów. Kim jest kobieta w pana prozie?

Jestem przeświadczony o absolutnej wyższości kobiet. Kobiety nad mężczyznami górują pod każdym jednym względem. One w ogóle górują nad ludzkością. Kobieta to jest człowiek miły w dotyku. A człowiek miły w dotyku to więcej niż człowiek. W mojej prozie jest tak samo.

Chciałbym też znienacka zaznaczyć, że słowo kobieta nie powinno występować w liczbie mnogiej. Ono jest pojedyncze, tak jak zresztą w pani pytaniu. Nie kobiety, a kobieta. Niedawno odpowiadałem na ankietę pewnego pisma. Pytanie brzmiało: czy monogamia jest zgodna z naturą? Udzieliłem odpowiedzi twierdzącej. Monogamia jest nie tylko zgodna z naturą, ale w ogóle nie ma w naturze innej formy współżycia. Wszelkie formy ewentualnej polifoniczności są po prostu nieprawdziwe. Nawet sławni uwodziciele, o których czytałem w książkach, bywali z różnymi kobietami w związkach, być może krótkich, ale przecież monogamicznych. Zawsze jest tylko jedna kobieta i jeden mężczyzna, i to, co się pomiędzy nimi dzieje, jest najważniejsze. W chwili, kiedy są razem, świat przestaje istnieć, można świat zlikwidować i ta możliwość likwidacji rzeczywistości jest też pociągająca.

 

Ma pan świadomość, że likwiduje pan w tym momencie swoją sławę skandalisty, autora powieści z pikantnym kluczem?

Jak tak, to powiem więcej: dobrze by było, żeby to, co łączy kobietę i mężczyznę w danym momencie, było miłością.

Co to jest miłość?

Miłość jest wtedy, gdy się chce, tak jak ja z Hanulą, dzielić życie. Ona jest w nim, on jest w niej. Zachowują swoją tożsamość, ale bardzo się przenikają, chcą ze sobą bez przerwy - być może znów panią zaskoczę - rozmawiać. Miłość jest to zachwycająca świadomość, że wypełniasz jej myśli całkowicie i wice wersja, jak mawia pewien mój znajomy. Nie mogę przestać o tobie myśleć - to jest to wyznanie.

Pańska proza, według Jana Błońskiego, jak mało która nasycona jest rekwizytami literackimi. Pełno w niej odniesień, luster, aluzji literackich. Nie boi się pan mimowolnej wtórności?

Nie ukrywam, że jestem pisarzem, który bardzo dużo w życiu czytał i czyta. Przeczytałem uważnie Schulza, Gombrowicza, Kunderę, Hrabala, Płatonowa, Bellowa, Manna, Flauberta. Ale wszystkiego nie czytałem. Lema np. czytałem mało.

Napisał pan gdzieś, że są tematy, które pan uważa za swoje. I że to, co teraz pan pisze, jest przygotowaniem planu pod coś większego.

Rzeczywiście tak napisałem, ale to jest nieprawda. Pisząc "Leworęczność" uświadomiłem sobie jasno, że ja opowiadacz i ja Jerzy Pilch to jednak nie jest to samo, chociaż jestem bardzo blisko opowiadanych historii. W "Leworęczności" kreowałem się na Pilcha-kronikarza historii rodzinnych. Ale to jednak była kreacja. Tak naprawdę nie wiem, jakie są moje tematy. Istnieją oczywiście doświadczenia zapamiętane z dzieciństwa, ciemna epika nałogów, protestantyzm, ale czy będę jeszcze o tym pisał? Tego nie wiem. Najważniejsza jest ciekawość, co będzie dalej.

Jak na pracowitego protestanta przystało, będzie pan kontynuował swoją opowieść?

Jakby powiedział Marcin Luter: inaczej nie mogę.

O Stefanie Kisielewskim, który był pańskim poprzednikiem na ostatniej stronie "Tygodnika Powszechnego", pisano, że jego felietony były maskami rozpaczy. Czy dla pana pisanie jest maską?

Literatura z założenia jest sztuką pseudonimowania. Nie wyobrażam sobie mówienia wprost o lękach zupełnie podstawowych, które oczywiście mnie nie omijają. Zjawiskiem, które dotyczy wszystkich, a dla mnie jest szczególnie druzgoczące, jest upływ czasu. Przemijanie odczuwam bardzo dotkliwie. Może dlatego, że widziałem jak znikają bliscy mi ludzie, jak na moich oczach rozsypuje się tamten dom, jak wszystko nieuchronnie się zmienia. Niedawno Miłosz zapytany, co sądzi o upływie czasu, odpowiedział bardzo dobrze: jestem przeciw.

Czy literatura jest znakiem sprzeciwu wobec upływającego czasu?

Jest to najszlachetniejsza forma sprzeciwu, bo utrwala to, czemu się sprzeciwia. Myślę, że między innymi dlatego piszę.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj