szukaj
Rozmowa z Anną Marią Jopek
Upojenie czy nienasycenie

MIROSŁAW PĘCZAK: - Czy czuje się pani dzieckiem szczęścia?

ANNA MARIA JOPEK: - Tak, mam za sobą najlepszy rok życia - kochającą, zdrową rodzinę, świetny band, z którym pracuję i aż trzy ubiegłoroczne albumy, w tym "Upojenie" nagrane z Patem Methenym. Był jeszcze koncert z Patem w Kongresowej, no i Paszport "Polityki". Fantastycznie! Bardzo to doceniam i staram się na to szczęście pracować, ale w moim przypadku nie jest to bezgraniczny błogostan, bezrefleksyjny i pozbawiony nuty niepewności. Może dlatego, że rzadko bywam z siebie zadowolona. Muzyka to dla mnie wieczne wyzwanie, tysiące pytań, ciągły niepokój, choć też i największa nagroda. Taki typ zupełnie nie nadaje się na idola, bo wszystkie laury i zaszczyty przyjmuje z niedowierzaniem.

Ale to chyba przyjemne czuć, że jest się docenianym, znanym. A artystom wybaczamy ich próżność.

Nie przesadzajmy, nawet teraz, po ośmiu płytach, czuję się na początku drogi. Z każdym kolejnym albumem odnajduję coraz więcej własnych słabości. Im więcej wiem o muzyce, tym mniej jestem pewna każdej kolejnej decyzji. Te płyty to zapis moich prób, poszukiwań, ślepych uliczek. Tak było i tak chyba będzie zawsze.

Debiutanckie "Ale jestem" nagrywałam w ciąży i nigdy nie miałam czasu na to wszystko, co czyni ze zwykłego przechodnia tak zwaną gwiazdę. Z krainy pieluch i kolek wyrywałam się wieczorami na koncerty i nagrania. Przy fortepianie mogłam pracować dopiero nocą, kiedy dzieci spały, ale wtedy uaktywniały się sąsiadki z mieszkania pod nami i waliły w kaloryfery. "Upojenie" do wiersza Grochowiaka musiałam napisać pewnego czwartku po 15.00, bo akurat nie było nikogo w domu. W tym roku ukaże się zbiór nagrań koncertowych kompletowanych od początku istnienia mojego zespołu, od sześciu lat. Będzie miło, słuchając tego, przypomnieć sobie tamte czasy.

W naszej muzyce popularnej niewielu jest artystów tak kompletnie wykształconych jak pani, absolwentka Akademii Muzycznej - czy to pomaga, czy może czasem przeszkadza?

Pomaga, zwłaszcza ludziom o takiej konstrukcji jak moja, niedowiarkom. W chwilach zwątpienia ten dyplom mówi do mnie: no, nie przesadzaj koleżanko, coś tam chyba wiesz. A poza tym jestem dociekliwa, lubię wiedzieć, co się gra za moimi plecami, lubię mieć na to wpływ. Nasze koncerty mają wiele otwartych form. Ludzie z mojego zespołu są doskonałymi instrumentalistami, fantastycznie słyszą i jeśli zmienię skalę improwizacji, pójdą za mną. Muzyka, którą szanuję, jest trochę jak szachy. Musisz znać zasady, inaczej nie ma zabawy. A jednak jedyną prawdziwą mądrością na scenie nie jest formalna wiedza czy kalkulacja, ale instynkt.

Intuicja?

Tak. Wielkie słuchanie siebie nawzajem, reagowanie na muzykę, otwartość. Do tego nie wystarczą dyplomy, bo nikt nie nauczy cię bycia szczerym na scenie. Chociaż tak naprawdę jedynym weryfikatorem pracy muzyka jest czas. O jednych się zapomina, inni trwają. Tyle lat upłynęło, a przecież wciąż wracamy do Milesa Davisa, Mozarta, a nie do jakichś złotych cielców, których nigdy w historii muzyki nie brakowało. Trzeba się jednak uczyć, ale z drugiej strony trzeba dać sobie całkowitą wolność wyrazu, w pewnym momencie zapomnieć o tym wszystkim, co się wie, i pozwolić dojść do głosu swojemu instynktowi.

Studiowała pani też filozofię...

Bardzo chciałam iść na te studia, one są naprawdę rozwijające i jest mi wstyd, że je zawaliłam. Po roku studiowania musiałam przerwać, bo trudno było to pogodzić z coraz częstszymi koncertami. Trzeba było na coś postawić, wybrałam muzykę, ale w swojej naiwności wierzę, że jeszcze kiedyś na filozofię wrócę.

Skończyła pani Akademię Muzyczną w klasie fortepianu. Skąd się wzięła wokalistyka?

Pianistyka mnie zjadała. To było zastanawiające, że kochając szczerze muzykę, równocześnie mogłam się jej tak nieludzko bać. Każdy mój koncert fortepianowy okupywany był tygodniem milczenia. Chodziłam wtedy w stanie potwornego spięcia i paranoi. Najbardziej paraliżowała mnie odpowiedzialność wobec tekstu.

Jeśli nosi się w sobie jakieś wielkie dzieło Bacha czy Beethovena i trzeba je oddać w skali jeden do jednego przy pełnej sprawności palców, głowy, to jest straszna odpowiedzialność. I chyba wtedy zaczęła się we mnie wykluwać taka cicha prośba do Boga, żeby znaleźć swoją przestrzeń, może małą, mierną, nie wielkości Bacha, żaden absolut, ale coś, w czym można poruszać się bardziej swobodnie. A akurat śpiewanie zawsze było moją odskocznią. Było moim oddychaniem, również w sensie dosłownym. Śpiewałam na obozach harcerskich i oazowych, grałam na gitarze i śpiewałam w kościele. No i pewnego dnia śpiewanie stało się moim zawodem.

Trudno było dogadać się muzycznie z Patem Methenym?

To była, być może, najważniejsza z moich szkół. Pat jest geniuszem. Jest może jeszcze pięciu takich na całej Ziemi obdarzonych podobną świadomością. To mogłoby onieśmielać, ale Pat okazał się człowiekiem zupełnie pozbawionym gwiazdorskich fochów. Także dla niego, choć na innym poziomie, muzyka ma wciąż tak wiele pytań, na które brak mu odpowiedzi. W czasie moich studiów na akademii przychodził do nas Witold Lutosławski. Był osobą tak cichą i pokorną wobec muzyki, że nie śmiałby nigdy nazwać się artystą. Tymczasem sezonowi piosenkarze jakże często nie mają takich oporów.

Przed albumem "Upojenie" była płyta "Nienasycenie". Zaskakująco logiczna kolejność...

Te tytuły to pomysł mojego męża Marcina Kydryńskiego, który nie tylko pisze ze mną materiał na płyty, ale również często je produkuje od pierwszego taktu muzyki po czcionkę na okładce albumu. "Nienasycenie" ma nerw i mnóstwo planów. W każdym rozgrywa się inna historia. Jest jakby zbiorem wspólnym wszystkich moich muzycznych zainteresowań stworzonym z wiarą, że nikt tej płyty nie będzie chciał zaszufladkować: że to pop, jazz, folk, country, klasyka, cokolwiek. Długo pracowaliśmy nad tą płytą, mimo że esencja - solówki, partie wokalne - nagrywane były niemal od razu. Bardzo zależało nam na precyzji. Z kolei "Upojenie", zwłaszcza w swojej części balladowej, to przede wszystkim spontaniczność, no i krótszy czas pracy - po paromiesięcznej produkcji mieliśmy zaledwie tydzień na nagranie z Patem, a później miesiąc na miksy, bardzo trudne i złożone.

Czyta pani recenzje ze swoich płyt?

Ja się boję recenzji, nie tylko recenzji własnych płyt. Może dlatego, że przyjął się u nas zwyczaj, według którego lepiej przywalić, niż pochwalić. Nie chodzi o to, iżby krytyk nie miał prawa do krytyki, nazywania tandety tandetą, ale często ma się wrażenie, że krytycy po prostu nie znoszą muzyki. Tandetę może lepiej ominąć, zgasić przez niezauważenie. Po co jad, po co nienawiść? Martwi mnie, jeśli czytam, że płyta Joni Mitchell czy Stinga to muzyka przewidywalna i schematyczna. Mam wtedy ochotę dotrzeć do recenzenta z kartką papieru nutowego i poprosić go o napisanie choćby ośmiu taktów przebiegu harmonicznego i udowodnienie mi tej przewidywalności. Takie harmonie, że latami by studiować, a krytyk daje dwie gwiazdki i przestrzega przed posłuchaniem. Na szczęście wspomniane płyty dostały potem Grammy w swoich trudnych kategoriach.

Panuje dość powszechne przekonanie, że w czasach dzisiejszych występ muzyczny musi być rodzajem barwnego show - punkt ciężkości zdaje się przenosić z dźwięku na wizualność. Jak w tym wszystkim czuje się pani ze swoją wrażliwością na brzmienie głosu, instrumentów?

Pod tym względem również zupełnie nie pasuję do dzisiejszego popu. Mam takie niemodne chyba przekonanie, że nie należy rozpraszać energii, więc jeśli śpiewam, to skupiam się wyłącznie na przekazie muzycznym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy oglądają teledyski czy przychodzą na koncerty nie tylko dla muzyki, ale na przykład po to, żeby się dowiedzieć, co się nosi. Nic na to nie poradzę - nie potrafię dostarczać tego typu wrażeń.

Czy są miejsca, w których śpiewa się pani lepiej niż w innych?

Kocham kluby, tę ich ciasnotę, to, że ludzie siedzą tuż przy mnie, prawie na scenie. To jest fantastyczne - ta bliskość właśnie, bezpośredni kontakt. Czuję, że wtedy mogę dać słuchaczom więcej niż na wielkiej scenie. Poza tym do klubu muzycznego przychodzi się jednak dla muzyki, mam więc przed sobą publiczność wybraną, która wie, czego chce. Lubię też małe teatrzyki, one są bardziej higieniczne - można w nich przeprowadzić całą akcję ze światłami, można kontrolować nastrój. To nie znaczy, że unikam większych sal.

Kongresowa?

Kongresowej strasznie się boję, to jest dla mnie otchłań. Czarna dziura. Trudno tam mieć nad czymkolwiek kontrolę, trudno nawet o odpowiednie nagłośnienie - w każdej nawie jest kompletnie inna proporcja brzmień. Ale co zrobić, innej wielkiej sali w kraju nie mamy. W katowickim Spodku na przykład praktycznie nie istnieje zaplecze. Są jakieś obskurne nory, które robią za garderoby. Kiedy miałam tam spotkanie ze Stingiem, było mi wstyd, chociaż wiedziałam, że Sting wychowany w mieście portowym niejedno w życiu widział.

Pani twórczość jest wielonurtowa, ale do czego pani najbliżej?

Jednak do jazzu. Chociaż nie mogłabym grać jazzowego mainstreamu, do tego się nie nadaję. Poza tym mam zawsze takie wrażenie, że tyle genialnych płyt w tym akurat gatunku zostało nagranych, że Ameryki nie odkryję, a tym bardziej nie podbiję. Poza tym, powiem wprost, bez wielkich aspiracji - lubię śpiewać piosenki. Wychowałam się w kręgu muzyki ludowej, co też nie pozostało bez wpływu...

Słychać to na pani pierwszej płycie.

Owszem. Ale chyba przede wszystkim na "Bosej" i "Barefoot". To nie znaczy, że uciekam na przykład od popu. Tyle że ten mój ulubiony pop też jest gdzieś na pograniczu stylów. Uwielbiam Joni Mitchell, Petera Gabriela, wspomnianego Stinga, a w sumie to, co oni robią, bardzo trudno zaklasyfikować. Muzyka, nazwijmy to, autorska. Myślę, że dla muzyka fascynujące jest dotykanie różnych stylów, przenikanie kultur, sprawdzanie się w różnych nurtach i gatunkach. Wiem, że ja sama jeszcze się długo nie ustatkuję, tyle jeszcze rzeczy chciałabym spróbować. Dlatego pracuję z bardzo różnymi ludźmi - z jazzmanami jak Tomek Stańko, a nawet z rockmanami jak zespół Sweet Noise.

W zeszłym roku na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach Zbyszek Hołdys ciepło wyrażał się o pani słowiańskiej duszy i słowiańską wrażliwość uznał za wyróżnik pani śpiewania...

Tak się składa, że dziś, w dobie niezwykłego wpływu czarnej muzyki, ja czuję się absolutnie, przerażająco biała. Nic na to nie poradzę. Czarna muzyka jest wspaniała, ale ja nie jestem w stanie udawać, że umiem na przykład znakomicie swingować czy śpiewać scatem w tradycji Elli Fitzgerald. No nie umiem. Mało kto z Polaków czy w ogóle Słowian to potrafi tak jak koledzy zza Oceanu. Tamten swing jest organiczny. Nie chcę narażać się naszym jazzmanom, ale w czym innym tkwi nasza siła.

Inaczej odczuwamy czas w muzyce, mamy inną emocjonalność. Dużo chłodniejszą, dużo bardziej powściągliwą. Zawsze zachęcam do słuchania płyt ECM. To dla mnie absolut, definicja współczesnej muzyki europejskiej. Poza tym każdy wyrósł w jakimś kręgu kulturowym, w takiej, a nie innej tradycji, na którą pracowały całe wieki, dlaczego z tego nie korzystać? Robił to choćby Chopin, z niezłym chyba efektem. 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj