Recenzja spektaklu: "Zagłada domu Usherów", reż. Barbara Wysocka
Rozpad domu Usherów
Ściany się nie walą, trup nie ściele się gęsto, ale groza pozostaje

Niezwykle cenny cykl Terytoria, przedstawiający twórczość operową (głównie kameralną) XX i XXI w., powrócił właśnie do Opery Narodowej udaną premierą „Zagłady domu Usherów” Philipa Glassa. Barbara Wysocka, młoda reżyserka debiutująca w operze (jest również aktorką Starego Teatru w Krakowie i z wykształcenia skrzypaczką), podeszła do dzieła, inspirując się przede wszystkim muzyką i wiejącym z niej nastrojem monotonnej beznadziei i osuwania się w przepaść, ale także powracając do oryginalnego opowiadania Edgara Allana Poe, w którym jest o wiele więcej rzeczy niedopowiedzianych niż w libretcie stworzonym przez Arthura Yorinksa. I to niedopowiedzenie, zignorowanie didaskaliów, okazało się posunięciem znakomitym. Jest to nie tyle upadek domu Usherów, co stopniowy rozpad, rozkład. Ściany się nie walą, trup nie ściele się gęsto, ale groza pozostaje.

Śpiewacy (Adam Szerszeń – William, Brian Stucki – Roderick, Agnieszka Piass – Madeline) są też świetni aktorsko (w drugiej obsadzie rolę Madeline wykonuje Agata Zubel). Dyrygentowi zaś, Wojciechowi Michniewskiemu, i zespołowi należą się wyrazy szacunku za wytrwałość – u Glassa w powtórzeniach motywów łatwo się pogubić.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj