Recenzja spektaklu: "Szewcy", reż. Maciej Prus

Szewcy bez formy
Dziwna sprawa z tymi „Szewcami” Witkacego. Co inscenizacja, to porażka.

Dziwna sprawa z tymi „Szewcami” Witkacego. Niby trudniej o bardziej aktualną sztukę w czasie, gdy skompromitowała się finansjera, w powietrzu znów wisi pytanie o rewolucję antykapitalistyczną i trwają gorączkowe poszukiwania nowej idei. Tymczasem jej inscenizacje jakoś się nie udają. Niedawno klęskę poniósł Jan Klata, który w TR Warszawa próbował pożenić Witkacego ze Slavojem Žižkiem. Teraz na tarczy wynieśli z warszawskiego Teatru Polskiego Macieja Prusa.

Reżyser po dramat Witkacego sięgał już trzykrotnie, czwarta realizacja zainaugurowała działalność Sceny Kameralnej Polskiego. Inscenizacja jest realistyczna, żadnych Witkacowskich dziwności. Ot, zakład szewski, w którym Sajetan Tempe z czeladnikami robią buty, narzekają na swój los wyrobników, marzą o pięknych kobietach i smacznych potrawach. Tempe, zwykle grany jako prosty rzemieślnik, w interpretacji Olgierda Łukaszewicza miał prawdopodobnie być postacią tragiczną – inteligentem zaplątanym w wir Historii: wywoła rewolucję, która w końcu go pożre, a świat pozostanie, jaki był – obojętne, czy rządzi nim zepsuta arystokracja, zakompleksione mieszczaństwo czy głodny konsumpcji proletariat.

Wszystkim chodzi o to samo: przywileje i wygody. Jednak Prus odebrał Witkacemu formę, a nie dał w zamian niczego, co uwiarygodniałoby niekończące się monologi bohaterów, naszpikowane piętrowymi konstrukcjami słownymi, teoriami politycznymi i filozoficznymi. Pogubieni w tych słownych gąszczach aktorzy nie wiedzą, co grają, a spektakl snuje się przez dwie godziny, pozostawiając widza idealnie obojętnym. Czyli: scena nowa, a Teatr Polski jak zawsze.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj