Recenzja spektaklu: "Amfitrion", reż. Wojtek Klemm
Napędzani testosteronem
Faceci to sterowana przez testosteron zakała świata

Wojtek Klemm do wystawionego w Starym Teatrze w Krakowie „Amfitriona” – opowiedzianej przez Heinricha von Kleista historii wcielenia się boga Jupitera i jego sługi Merkurego w ciała wodza Teb Amfitriona i jego sługi Sozjasza, by uwieść ich żony – przyłożył konwencję sprawdzoną przy okazji swojej poprzedniej realizacji w Starym – „Piekarni” Brechta. Mamy więc rewię numerów: monologów podawanych do mikrofonu, dialogów, piosenek i układów walki.

Nowością jest nutka humoru. Generalna zasada interpretacji jest następująca: faceci to sterowana przez testosteron zakała świata. Jupiter Adama Nawojczyka jest bufonowatym szefem korporacji ze złotym rolexem na nadgarstku. Amfitrion (Błażej Peszek) to ten sam typ, tylko z niższej półki. Samcami są też złośliwy Merkury (Arkadiusz Brykalski) i bojaźliwy Sozjasz (Marcin Kalisz). Dla wszystkich jest oczywiste, że zwycięża silniejszy. Nie jest to myśl, która usprawiedliwiałaby sięgnięcie dzisiaj po zakurzoną sztukę Kleista.

Ciekawszy, ale słabiej przeprowadzony jest pomysł, by mężów i kochanków grali różni aktorzy, co komplikuje sytuację kobiet: jak mogły ich pomylić, zdradziły nieświadomie czy świadomie, jakie były ich motywy? Tymczasem reżyser zastosował wytrych. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik gra Alkmenę jak almodovarowską kobietę na skraju załamania nerwowego, a Beata Paluch (Charysa) krewką żonkę.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj