szukaj
Recenzja spektaklu: "Trzy siostrzyczki Trupki", reż. Maciej Kowalewski
Regresywna mentalna identyfikacja
Rafał Mohr do podjęcia dwumiesięcznej głodówki i utraty 10 kilo

"Trzy siostrzyczki Trupki” to kolejny napisany i wyreżyserowany w warszawskim Teatrze Na Woli przez dyrektora tej sceny Macieja Kowalewskiego spektakl, po którym nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Tym razem w rolach głównych występują trzy upiorne starsze panie, grane przez Małgorzatę Rożniatowską, Bogusławę Schubert i Ewę Szykulską, oraz syn jednej z nich – apatyczny, zamknięty w sobie Robertek (Rafał Mohr).

Carbonara z placków ziemniaczanych, wczasy w Portugalii, organizowane z oszczędności w mieszkaniu na 10 piętrze mrówkowca, gorzkie chyba w zamierzeniu żarty Lotki ze starości – o spuchniętych girach i zrogowaciałych piętach, halka i papieros Sabiny, „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” Wandy, widmowaty Robertek, którego ciotki leczą terapią wstrząsową. Oraz młoda fryzjerka (Magdalena Stużyńska) w roli katalizatora wspomnień, tajemnic i emocji.

Ten miks humoru z filmu „Głupi i głupszy”, podrasowanego wyciskaniem wągrów i obcinaniem paznokci u nóg nożycami krawieckimi, z końcówką rodem z „Powrotu żywych trupów”, autor, reżyser i dyrektor w jednej osobie uzasadniał w „Rzeczpospolitej” „zjawiskiem, jakie obserwuję w najbliższym otoczeniu, a które nazwałbym regresywną mentalną i emocjonalną identyfikacją, opartą na świadomej lub nie utracie złudzeń”.

Być może właśnie takie argumenty przekonały Rafała Mohra do podjęcia dwumiesięcznej głodówki i utraty 10 kilo. Aktorskie poświęcenie nie zna granic. I pytania: po co.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj