Recenzja spektaklu: "Biesy", reż. Krzysztof Garbaczewski

Do diabła z takimi „Biesami”!
Tu i ówdzie przemyka, judząc i knując, wystylizowany na Krzysztofa Ibisza Marcin Czarnik jako Wierchowieński.

Przez całe dziesięciolecia ludzie teatru walczyli o autonomię swojej dziedziny, o uznanie spektaklu za dzieło niezależne od inscenizowanego utworu literackiego, pełnoprawne, koherentne, samotłumaczące się. Krzysztof Garbaczewski, wystawiając we wrocławskim Polskim „Biesy”, poszedł w przeciwnym kierunku, zapowiadając w wywiadach, że przygotowuje spektakl dla ludzi, którzy wcześniej przeczytali tysiącstronicową powieść Dostojewskiego.

I faktycznie, ze strzępków akcji, dialogów i monologów, z których zbudowane jest trzygodzinne przedstawienie, nie sposób wydedukować, kim są bohaterowie, o co im chodzi, co to za świat.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną