Recenzja spektaklu: „Szczęśliwe dni/Końcówka”, reż. Antoni Libera
Autora pomnik nagrobny
Szczęśliwe dni z Olgą Sawicką w roli uwięzionej w kopcu, bezradnie obserwującej upływ czasu Winnie to totalna pomyłka.
Andrzej Seweryn w spektaklu „Szczęśliwe dni”
VIPHOTO/EAST NEWS

Andrzej Seweryn w spektaklu „Szczęśliwe dni”

Aktorka cały wysiłek wkłada w niezgubienie żadnego z zapisanych przez Becketta słów, na znalezienie sensów, w jakie się układają, nie wystarczyło już energii, chęci albo czasu. Nieco lepiej wypada Końcówka, z czwórką uzależnionych od siebie bohaterów, zmagających się z kolejnym beznadziejnym dniem życia. Unieruchomiony na wózku Hamm to kolejny kabotyn w dorobku artystycznym Andrzeja Seweryna, rola nie wnosi niczego nowego do jego aktorskiego emploi. Znacznie ciekawszy jest Clov w wykonaniu Jarosława Gajewskiego – na wpół ślepy, powłóczący nogami przybrany syn i sługa Hamma. Aktorowi udało się pokazać kilka odcieni postaci, od tragizmu po (auto)ironię.

Generalnie, inaugurujące dyrekcję Seweryna w warszawskim Teatrze Polskim przedstawienie Libery to dowód na to, że ślepe posłuszeństwo to żadna cnota. Libera – tłumacz i strażnik twórczości Becketta – od lat wystawia sztuki swojego mistrza. Wszystkie takie same, ściśle podążające za wskazówkami autora. Kto widział jedną, nie musi oglądać następnych. Kto przeczytał sztukę, nie musi oglądać inscenizacji, bo do sztuki nowych sensów ona nie wniesie. To, co miało być pomnikiem wystawionym autorowi, stało się jego pomnikiem nagrobnym.

Szczęśliwe dni/Końcówka, Samuel Beckett, reż. Antoni Libera, Teatr Polski w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj