Recenzja spektaklu: "Dziadek do orzechów i Król Myszy", choreografia: Toer van Schayk, Wayne Eagling
Warszawski Dziadek
Spektakl ten jest wdzięcznym teatrem familijnym, w sam raz na Gwiazdkę. A raczej na Mikołajki.
Walka ołowianych żołnierzyków z Królem Myszy.
Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Walka ołowianych żołnierzyków z Królem Myszy.

Już zapowiadając sezon dyrektorzy Opery Narodowej anonsowali, że nowy „Dziadek do orzechów” będzie tradycyjny i baśniowy, w sam raz dla dzieci. I tak właśnie jest. Nie bez powodu na scenie pojawia się obraz warszawskiej Starówki i zamarzniętej Wisły. Choreografowie Toer van Schayk i Wayne Eagling (pierwszy z nich to również autor dekoracji i kostiumów), którzy pokazują ten spektakl po raz trzeci, zawsze przenoszą akcję do konkretnego miasta (wcześniej były to Amsterdam i Helsinki). Tym bardziej więc ucieszyło ich, gdy dowiedzieli się, że autor bajki E.T.A. Hoffmann w Warszawie spędził kilka lat, a w „Dziadku” sportretował swoich tamtejszych przyjaciół. Przywrócili więc bohaterom nazwisko Hitzigów (choć nie imiona dzieci – zgodnie z naszymi przyzwyczajeniami to Klara i Jaś, a nie Maria i Fred), a do salonu na króciutką chwilę wprowadzony został sam Hoffmann ze słynną z innego dzieła postacią – Kotem Mruczysławem (ten pojawi się jeszcze później).

Efektowne pod względem plastycznym (przezabawne zwłaszcza kostiumy myszy) i choreograficznym, pod sprawną batutą Evgenya Volynskiego przedstawienie jest wdzięcznym teatrem familijnym, w sam raz na Gwiazdkę. A raczej na Mikołajki. W ten czas bowiem przenieśli je realizatorzy, by nie stawiać na scenie choinki.

Piotr Czajkowski, Dziadek do orzechów i Król Myszy, choreografia: Toer van Schayk, Wayne Eagling, Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj