Recenzja spektaklu: "Napój miłosny", reż. Henryk Baranowski
Włosi w pegeerze
Henryk Baranowski umieścił akcję „Napoju miłosnego” w PGR, bo skoro w PRL byli komuniści z Grecji, to mogli być i z Włoch.
Henryk Baranowski umieścił akcję „Napoju miłosnego” w PGR-ze.
Ryszard Kornecki/Opera Krakowska/materiały prasowe

Henryk Baranowski umieścił akcję „Napoju miłosnego” w PGR-ze.

Pomysł swój tłumaczy w ten sposób, że wiejską społeczność, taką jak u Donizettiego, w której wszyscy się znają i współpracują, widział tylko w dzieciństwie spędzonym właśnie w PGR. Ten zabieg stał się pretekstem do wprowadzenia cyrkowych sztuczek i happeningów z pojazdami – motorami i traktorami – oraz żywymi zwierzętami (koza, kury, gołębie). Na traktorze jeździ Adina w czerwonym berecie (Joanna Woś), puszczając z niego dym i sztuczne ognie; na motorze z szafką z eliksirami przybywa szarlatan Dulcamara. Wojskowi pod wodzą Belcore przypominają partyzantów.

Dość to nawet zabawne, natomiast trudno strawić, że dyrygent Evgeni Volynskiy daje zbyt szybkie tempo, nie pozwalając wygrać się tej pięknej muzyce, często więc soliści rozchodzą się z orkiestrą. Czwarta gwiazdka zatem na kredyt, na dotarcie (lub zmianę dyrygenta) i z myślą o dobrych solistach (zwłaszcza świetni Stanisław Kufluyk jako Belcore i Dariusz Machej jako Dulcamara; Joanna Woś na premierze była w nieco słabszej formie, ale też jest klasą dla siebie).

 

Gaetano Donizetti, Napój miłosny, reż. Henryk Baranowski, Opera Krakowska

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj