Recenzja spektaklu: "Zmierzch długiego dnia", reż. Krystyna Janda
Urodzinowa Janda
Autobiograficzna sztuka O’Neilla z 1956 r. to portret jednego z wielu piekielnych dni, jakie zwykła sobie nawzajem fundować rodzina Tyronów.
Krystyna Janda, kocha teatr z wzajemnością.
Tomasz Gzell/PAP

Krystyna Janda, kocha teatr z wzajemnością.

Ojciec (Piotr Machalica) jest aktorem i handlarzem nieruchomościami jednocześnie, do tego skąpcem i alkoholikiem. Jego dwaj synowie zajmują się głównie piciem i wyciąganiem kasy od ojca, a żona (Krystyna Janda) – pretensjami, rozpamiętywaniem przeszłości i zapewnianiem sobie morfinowych odlotów. Janda, pytana w jubileuszowych wywiadach, dlaczego swoje 60 urodziny postanowiła uczcić wystawiając „Zmierzch długiego dnia”, odpowiadała, że zdecydowała potrzeba powrotu do starego, dobrego, psychologicznego teatru. Jednak oglądając monotonny, pozostawiający widza doskonale obojętnym i, wyjąwszy rolę samej jubilatki, słabo grany spektakl, trudno nie pomyśleć, że nie o psychologię i starą szkołę chodziło aktorce, ale o przyjemność wypowiedzenia jednego, prowokacyjnego zdania: że nienawidzi teatru i nigdy nie mogłaby zostać aktorką. Publiczność wyczuwa, że oto wielka aktorka puszcza do niej oko i na ten jeden moment ponaddwugodzinny spektakl ożywa. Ci zaś, którzy jednak po obejrzeniu „Zmierzchu” mają co do intencji aktorki wątpliwości, powinni zobaczyć jej poprzednią premierę, „Danutę W.” – dowód na to, że Krystyna Janda wciąż kocha teatr, i to z wzajemnością.

 

Eugene O’Neill, Zmierzch długiego dnia, reż. Krystyna Janda, Teatr Polonia w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj