Recenzja spektaklu: "Wiśniowy sad", reż. Paweł Łysak

Chwile jak motyle
Dziwna sztuka, której bohaterom wali się świat – grozi im licytacja rodzinnego majątku i wycinka ukochanego wiśniowego sadu – a oni mimo podsuwanych im rozmaitych planów ratunkowych nie robią nic.
Julia Wyszyńska (pierwsza z lewej) i Joanna Drozda jako córki Raniewskiej.
Magda Hueckel/materiały prasowe

Julia Wyszyńska (pierwsza z lewej) i Joanna Drozda jako córki Raniewskiej.

Tańczą, śpiewają, prowadzą pseudofilozoficzne dyskusje. Niejednoznaczny, uciekający interpretacjom, delikatny i zwiewny jak dziecinne tańce Raniewskiej (Anita Sokołowska) i jej brata Gajewa (Michał Jarmicki) „Wiśniowy sad” Pawła Łysaka jest chyba najbardziej o tym, że czas płynie i wszelkie próby oporu są bezcelowe. Czas wiśniowego sadu, symbolu złotej ery arystokracji, dobiegł końca: rewolucja, ekonomia, sprawiedliwość dziejowa – wszystko jest przeciw niemu. Jedyne, co zostaje i będzie z bohaterami na dobre i na złe, to wspomnienia: podbarwione sentymentem, magią, trochę nierzeczywiste.

Dlatego u Łysaka bohaterowie zdają się przez cały spektakl tańczyć, a z góry sypie się na nich confetti. W jednej ze scen rozłożeni na belach słomy jedzą watę cukrową. Guwernantka Szarlota (nienaturalnie wysoka Magdalena Łaska) robi prestidigitatorskie sztuczki, a scenografia Barbary Hanickiej przedstawia ciąg drzwi, zwężający się i zmniejszający ku tyłowi sceny, jak w malarskiej perspektywie. Na koniec, gdy majątek zostanie sprzedany i nadejdzie czas wyjazdu, bohaterowie spakują tylko niezliczone, oprawione w ramy rodzinne fotografie. To, co najważniejsze.

Antoni Czechow, Wiśniowy sad, reż. Paweł Łysak, Teatr Polski w Bydgoszczy

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj