Recenzja spektaklu: "Dzieło bezimienne", reż. Jan Englert
Rewolucja we mgle
Trzecie podejście Jana Englerta do „Bezimiennego dzieła” Witkacego zaowocowało spektaklem o rewolucji w oparach mgły smoleńskiej, z kibolskimi bojówkami w czarnych kominiarkach przebiegającymi przez scenę i widownię.
Władza i artyści, od lewej: Jerzy Radziwiłowicz i Dominika Kluźniak, na drugim planie: Przemysław Stippa i Marcin Hycnar.
Jacek Domiński/Reporter

Władza i artyści, od lewej: Jerzy Radziwiłowicz i Dominika Kluźniak, na drugim planie: Przemysław Stippa i Marcin Hycnar.

Cały dramat rozgrywa się między dwiema scenami. Ta pierwsza dzieje się na cmentarzu, a jej tematem jest kryzys władzy: zagubionej, pozbawionej tożsamości i szacunku poddanych, stojącej – jak hrabia Giers (Jerzy Radziwiłowicz) – nad grobem jeszcze w sile wieku. Pojawiają się również artyści wyobcowani ze społeczeństwa. W jednej zaś ze scen końcowych widzimy groźną wizję czarnej, zamaskowanej masy przejmującej władzę pod hasłami unifikacji i dehumanizacji społeczeństwa. Reszta dwugodzinnego przedstawienia to w większości znane z innych dramatów Witkacego rozważania o rewolucji, która okaże się oszustwem, i bezradności artysty wobec okropnej rzeczywistości. Akcja ożywia się, kiedy na scenę wchodzi Grzegorz Małecki, grający pewnego siebie przywódcę rewolucji, któremu ta rewolucja zostaje wyjęta, jak dziecku, z rąk. Niestety, nie udało się ożywić retorycznych i martwych dyskusji o sztuce. Sceny w więziennej celi z Patrycją Soliman i Marcinem Hycnarem w rolach awangardowej kompozytorki i awangardowego malarza przerzucających się złotymi myślami o istocie sztuki są trudne do zniesienia.

 

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Dzieło bezimienne, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj