Recenzja spektaklu: "Trubadur", reż. Laco Adamik
Z Cyganką w roli głównej
Zarzucano tej operze, że ma libretto zagmatwane i kiczowate, dziś mówi się: jak w filmach klasy B. Jednak płynie ono wartko i daje śpiewakom okazję do wykazania się umiejętnościami nie tylko wokalnymi, ale także dramatycznymi.
Małgorzata Walewska (Azucena) i Arnold Rutkowski (Manrico).
Marek Lasyk/Reporter

Małgorzata Walewska (Azucena) i Arnold Rutkowski (Manrico).

Krakowski „Trubadur” należy do tych spektakli, które może nie są bardzo atrakcyjne, nie budzą też kontrowersji, za to ich poziom muzyczny jest bardzo przyzwoity. W niemal abstrakcyjnych, zmieniających się na oczach widzów dekoracjach z aluzjami do kościoła, gór czy zamku, tradycyjnie ubrane postaci czasem niezbyt zręcznie poruszają się po scenie, nie zawsze śpiewają do siebie, ale tego, co śpiewają, słucha się z przyjemnością.

Najważniejsza jest tu, wbrew tytułowi opery, tragiczna postać Cyganki Azuceny, jedna z najistotniejszych w romantycznej literaturze operowej partii mezzosopranowych. Dominuje ona także w realizacji krakowskiej, gdzie w pierwszej obsadzie wystąpiła Małgorzata Walewska, a w drugiej – Agnieszka Rehlis. Ale i pozostałe role obsadzone są w większości przez dobrych śpiewaków (choć jedni mają mocniejszą stronę aktorską, inni popisują się przede wszystkim głosem), z których duża część należy do zespołu Opery Krakowskiej – to atut tej instytucji.

 

Giuseppe Verdi, Trubadur, reż. Laco Adamik, Opera Krakowska

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj