Recenzja spektaklu: "Saszka", reż. Wojciech Urbański

Bez szans
Kiepski tekst połączył się z nijaką reżyserią i koszmarną scenografią. Aktorzy w tych warunkach byli bez szans.
Borys Szyc i Monika Kwiatkowska jako osierocone rodzeństwo.
Andrzej Rybczyński/PAP

Borys Szyc i Monika Kwiatkowska jako osierocone rodzeństwo.

Tato, ale czy ty mnie kochałeś? 43-letni Saszka (Borys Szyc) uparcie szuka odpowiedzi na to pytanie. Problem w tym, że – jak wielu z nas – zadaje je zbyt późno. Rodzice nie żyją, najpierw odeszła matka, po niej ojciec, za życia surowy, z rzadka okazujący synowi uczucia. Po jego śmierci syn zwolnił się z wojska, do którego poszedł, żeby udowodnić mu – a jakże – że jest prawdziwym mężczyzną, i wrócił do rodzinnego domu. Od tego czasu zajmuje się dwiema rzeczami: przy pomocy medium (Sławomir Orzechowski) próbuje wycisnąć z ojca (Janusz Michałowski) wyznanie miłości oraz storpedować plan sprzedaży domu realizowany przez siostry.

Mogło być przynajmniej wzruszająco. Rozmowy ojca i syna, dwóch twardzieli, którzy nie potrafili razem żyć, a teraz zrozumieli, że nie potrafią żyć także bez siebie, nie musiały być nawet przesadnie oryginalne, żeby poruszyć. Jednak białoruski dramatopisarz nie uwierzył w siłę prostej opowieści. Zamiast pogłębić i wycyzelować dialogi, żeby nie brzmiały jak z telenoweli (w potoku banałów wyróżnia się np. modlitwa Saszki nad grobem rodziców: „Śpijcie spokojnie i czekajcie na nas długo”), zajął się dosztukowywaniem do nich zgranych scenek rodzajowych typu skłócona rodzina na cmentarzu, przeplatanych obrazkami spod znaku „David Lynch dla ubogich”, w których ojciec i syn prowadzą dialog ni to we śnie, ni to podczas seansu spirytystycznego. Kiepski tekst połączył się z nijaką reżyserią i koszmarną scenografią. Aktorzy w tych warunkach byli bez szans.

 

Dmitrij Bogosławski, Saszka. Sen w dwóch aktach, reż. Wojciech Urbański, Teatr Współczesny w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj