Recenzja spektaklu: „Klaps! 50 twarzy Greya”, reż. John Weisgerber
Świetlicowe porno
Forma oscylująca pomiędzy teatrzykiem świetlicowym a kabaretem.
Mateusz Damięcki i Magdalena Lamparska próbują odegrać „Greya” tak, by nie stracić twarzy.
Jacek Domiński/Reporter

Mateusz Damięcki i Magdalena Lamparska próbują odegrać „Greya” tak, by nie stracić twarzy.

Ta sztuczka to owoc związku zachłanności i hipokryzji. Teatr komercyjny, który przenosi na sceniczne deski wszystko, co gwarantuje zysk, od popularnych powieści po filmowe hity, nie mógł przepuścić takiej okazji. Najchętniej czytana powieść ostatnich lat, „Pięćdziesiąt twarzy Greya” E.L. James, zapoczątkowała nowy gatunek czytadła – „porno dla mamusiek”. Pytanie brzmiało: jak zdyskontować popularność czytadła, unikając jednocześnie posądzenia o gust podobny autorce i jej czytelni(cz)kom. Siedmiu (!) autorów pomyślało i wpadło na pomysł pastiszu. Na scenę foyer Teatru Polonia „Klaps! 50 twarzy Greya” przeniósł Kanadyjczyk John Weisgerber, nadając jej formę oscylującą pomiędzy teatrzykiem świetlicowym a kabaretem, co pewnie ma być aluzją do poziomu wyśmiewanej powieści.

Marta Walesiak gra E.B. Janet, kurę domową i weekendową pisarkę, która usiłuje zarobić na swoich fantazjach erotycznych. W tym celu tworzy młodszą wersję siebie: naiwną, nieświadomą swojego seksapilu dziewicę, absolwentkę literaturoznawstwa (Magdalena Lamparska), i rzuca ją w ramiona zabójczo przystojnego i tajemniczego miliardera filantropa, fana sadomaso. Bohaterowie dystansują się wobec erotomanki grafomanki, kolejny poziom dystansu dokładają aktorzy, skądinąd sympatyczni i mający w tym morzu żenady zabawne momenty. A to wszystko po to, żeby nikt, ale naprawdę nikt, nie miał najmniejszych wątpliwości, że to wielka zgrywa, i ani twórcy, ani widzowie nie mogą być posądzeni o kiepski gust.

 

Klaps! 50 twarzy Greya, reż. John Weisgerber, Teatr Polonia w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj