Recenzja spektaklu: „Król Lear”, reż. Jacques Lassalle
Walka pokoleń i przemarsze wojsk
Powstał spektakl dobry, ze zmarnowaną szansą na coś więcej.
„Król Lear”, reż. Jacques Lassalle
Jacek Domiński/Reporter

„Król Lear”, reż. Jacques Lassalle

W programie do swojego „Króla Leara” francuski reżyser Jacques Lassalle tłumaczy, że „łącznie z antraktem przedstawienie nie powinno trwać dłużej niż trzy godziny”, bo jest skierowane, jak za czasów autora, „do szerokiej publiczności, jednocześnie wyrafinowanej i prymitywnej”: „Byłoby z naszej strony zuchwałością sądzić, że publiczność ta jest do naszej pełnej dyspozycji, bez ograniczenia czasem czy zmęczeniem”. Po oddaniu programu do druku reżyser musiał jednak zmienić zdanie, bo spektakl trwa cztery godziny. Te bonusowe 60 minut zajmuje głównie burza (wideo), przemarsze wojsk na tle horyzontu (chmury wideo), orszak żałobny i walka na miecze. Oraz, rzecz jasna, rutynowe w Polskim celebrowanie przez aktorów każdego gestu i słowa. Wiele scen jest do zniesienia głównie dzięki wnoszącemu trochę dystansu i humoru Błaznowi w świetnym wykonaniu Jarosława Gajewskiego.

Gdyby reżyser pozostał przy trzech godzinach, może nie trzeba byłoby wyciągać spod „efektów” i celebry tego, co jest największą wartością spektaklu: inteligentnie poprowadzonej i poruszającej opowieści o upadku rodziny, który prowadzi do upadku państwa. O złych ojcach, którzy tworzą złe dzieci, a potem obie generacje mordują się wzajemnymi podejrzeniami, wykrwawiają w walce o władzę i majątek. I o miłości, której uświadomienie sobie przychodzi za późno. Andrzej Seweryn gra dobrze, z mniejszą niż zwykle emfazą, jego Lear to starzec pyszny, okrutny i okrutnie przez los ukarany. Powstał spektakl dobry, ze zmarnowaną szansą na coś więcej.

 

William Shakespeare, Król Lear, reż. Jacques Lassalle, Teatr Polski w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj