Recenzja spektaklu: „Upadłe anioły”, reż. Krystyna Janda
Niskie loty
Pozbawiona uroku ramota.
Maja Ostaszewska (po lewej) i Magdalena Cielecka próbują ożywić farsę sprzed wieku.
Bartosz Krupa/EAST NEWS

Maja Ostaszewska (po lewej) i Magdalena Cielecka próbują ożywić farsę sprzed wieku.

Fars jest jak na lekarstwo, świat dawno od nich odszedł w stronę inteligentniejszych, opartych na dialogu komedii. Jednak polski widz ponoć woli humor sytuacyjny, tak przynajmniej uważają niektórzy dyrektorzy teatrów. Serwują mu więc kolejne sztuczki wiekowego Raya Cooneya, z których żadna nie dorównuje hitowemu „Maydayowi”, albo grzebią coraz głębiej w historii teatru rozrywkowego. Krystyna Janda sięgnęła aż do 1925 r., kiedy to powstała farsa „Upadłe anioły”. Może 90 lat temu kogoś rozbawiła, dziś jest pozbawioną uroku ramotą, której cechą wyróżniającą jest prostota akcji, języka i postaci oraz tanie koszty inscenizacji.

Noël Coward, Upadłe anioły, reż. Krystyna Janda, Och-Teatr w Warszawie

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną