Recenzja spektaklu: „Moja walka”, reż. Michał Borczuch
Nasze walki
Całość zaczyna się wizytą pisarza i jego brata w domu, w którym umarł, zapił się, ojciec.
Jan Dravnel (z prawej) jako autor „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda i Dobromir Dymecki w roli jego brata
Jacek Domiński/Reporter

Jan Dravnel (z prawej) jako autor „Mojej walki” Karla Ove Knausgårda i Dobromir Dymecki w roli jego brata

Przygodę z książkowym oryginałem zakończyłam na dwieście którejś stronie. Idea próby detalicznego opisu swojego życia, by trzymając się jak najbliżej rzeczywistości, wreszcie ją poczuć, mnie przekonywała, wykonanie – nużyło. Czterogodzinny spektakl Borczucha jest właśnie dla takich ludzi jak ja, twórcy przebili się za nas przez sześć tomów, 3,6 tys. stron, i stworzyli destylat. W scenografii inteligentnie grającej – tak jak książka i cały spektakl – z banałem życia i banałem jego kreowania aktorzy TR Warszawa płynnie wchodzą i wychodzą z ról, przeżywają i przyglądają się swojemu przeżywaniu, w obu stanach pozostają przekonujący i jakoś tak po ludzku wzruszający. Po kuchni i salonie kręcą się Karl Ove (Jan Dravnel i Sebastian Pawlak) i jego partnerka Linda (Justyna Wasilewska i Agnieszka Podsiadlik), młodzi na początku znajomości i literackich karier oraz czterdziestoparoletni, z kolejnymi dziećmi, zmęczeniem codzienną rutyną, rozczarowaniami. 

Moja walka, według cyklu powieściowego Karla Ove Knausgårda, reż. Michał Borczuch, TR Warszawa

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj