Recenzja spektaklu: "Lot nad kukułczym gniazdem", reż. Jan Buchwald

Idealnie przewidywalny bunt
Momentami nieznośnie dydaktyczny

Dyrektor warszawskiego Teatru Powszechnego Jan Buchwald wyreżyserował na swojej scenie „Lot nad kukułczym gniazdem” Dale’a Wassermana. W 1977 r. na tej samej scenie miała premierę legendarna inscenizacja Zygmunta Hűbnera, z pamiętnymi rolami m.in. Wojciecha Pszoniaka, Bronisława Pawlika i Franciszka Pieczki. Piętnujący represyjność systemu, opowiadający się za wolnością jednostki dramat Wassermana odbierany był wówczas jednoznacznie – jako głos sprzeciwu wobec tłamszącego prawa człowieka systemu komunistycznego. Do Polski Ludowej idealnie pasowała metafora państwa jako szpitala psychiatrycznego, sprawdzał się obraz obywateli jako biernych, ogłupianych pacjentów, „dla ich własnego dobra” pozbawianych przez personel rzeczywistych praw.

Co oznacza „Lot” w Polsce świętującej 20-lecie obrad Okrągłego Stołu? Chyba dogoniliśmy świat opisany w sztuce: skrojony dla silnych, stosujących się do norm i reguł, w którym słabość i nieprzystosowanie wywołują wstyd i poczucie winy, a ceną, jaką się płaci za odstawanie od wyśrubowanych norm, jest utrata wolności. Spektakl Buchwalda jest porządnie zrobiony – co nie dziwi, skoro to już trzecie podejście reżysera do sztuki Wassermana (po inscenizacjach w Kaliszu i we Wrocławiu). Ma kilka dobrych ról – przede wszystkim buntownik McMurphy Tomasza Sapryka – chłopak z Pragi, któremu nikt nie podskoczy, jednocześnie kochający życie i ludzi ekstrawertyk, oraz nadwrażliwiec Billy Bibbit Piotra Ligienzy. Jest jednak idealnie przewidywalny i momentami nieznośnie dydaktyczny. Zaś jego wywrotowe przesłanie jest tylko słabym echem siły tkwiącej w ekranizacji Miloša Formana z 1975 r. i przedstawieniu Hűbnera. Poruszyć może chyba już tylko najwrażliwszych licealistów, fanów „Stowarzyszenia umarłych poetów”.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj