Recenzja wystawy: "Portret bez twarzy"
Bez znieczulenia
Wspaniałe świadectwo świata bez powierzchowności, pędu, blichtru, za to z przesłaniem, namysłem, poszukiwaniem sensu.
materiały prasowe

Tytuł wystawy wydaje się oksymoronem. Ale autor, który na fotografowaniu ludzi niejeden aparat zużył, wie, co chce przez to powiedzieć. I w pracach wybranych tym razem do pokazania przekonuje, że prawdę o człowieku można świetnie przekazać, niekoniecznie utrwalając ze szczegółami jego fizjonomię. Ten mistrz tzw. portretu psychologicznego ustawia więc swoich modeli w cieniu lub prześwietla ich twarze, zasłania lub rozmazuje, wybiera jakiś ich fragment lub na różne sposoby deformuje i przekształca. Czasami portretem bohatera są jego ręce, oko czy usta, stające się symbolem przeżyć, doświadczeń, życiowej postawy czy podejmowanych decyzji. Za każdym takim zabiegiem stoi mniej lub bardziej ukryta myśl (a czasem wręcz anegdota), tłumacząca, dlaczego właśnie nie „po bożemu”, a w tak dziwaczny sposób potraktował Gierałtowski swojego bohatera – z reguły osobę zasłużoną i znaną, choć nie w celebryckim tego słowa znaczeniu. Miał Gierałtowski bowiem to szczęście i zaczął fotografować w czasach (obchodzi właśnie jubileusz 50-lecia pracy), kiedy popularni zazwyczaj bywali wybitnymi.

Te prace – które po stolicy będą pokazywane także we Wrocławiu, Rzeszowie, Krakowie i Olsztynie – są wspaniałym świadectwem świata bez powierzchowności, pędu, blichtru, za to z przesłaniem, namysłem, poszukiwaniem sensu.

 

Krzysztof Gierałtowski, Portret bez twarzy, Zamek Królewski w Warszawie, wystawa czynna do 17 listopada

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj