Znów lunatycy, czyli Europa i koniec Pax Americana
Czas bić na alarm – najważniejsza podstawa europejskiego bezpieczeństwa zdaje się wyparowywać. Pax Americana nie może jednak zostać zastąpiony przez Pax Europea.

Jeśli sprawy potoczą się naprawdę źle, amerykańska kawaleria przyjedzie z odsieczą, tak jak przybywała w przeszłości. Żadne europejskie państwo z osobna, jak również wszystkie razem, nie mają zdolności do samoobrony. Jesteśmy wszyscy, na dobre i złe, ukryci pod tarczą tzw. Pax Americana. To przekonanie jest podstawą europejskiego myślenia o obronie i bezpieczeństwie. Niestety, staje się ono coraz mniej uzasadnione.

„Amerykanie mają przybyć Europie z pomocą, tak jak przybywała w przeszłości” – flagi aliantów podczas obchodów rocznicy lądowania w Normandii.
carolineCCB/Flickr CC by 2.0

„Amerykanie mają przybyć Europie z pomocą, tak jak przybywała w przeszłości” – flagi aliantów podczas obchodów rocznicy lądowania w Normandii.

Do niedawna panowało w Europie w dużej mierze uzasadnione poczucie, że Ameryka jest gwarantem swoistej stabilizacji – poprzez środki pokojowe albo militarne. To ona sprawiała, że koniec końców świat był bezpieczniejszy. Zdaję sobie sprawę, że ten pogląd jest przez wielu podważany, ale trudno przeciwstawić się temu, że takie stanowisko zarówno w Europie, jak i w myśleniu o Europie przeważało. To właśnie jest Pax Americana w swym najbardziej podstawowym znaczeniu.

Jestem przekonany, że obecny moment w historii świata będzie oceniony jako czas przełomu – kulminację procesu prowadzącego do upadku Pax Americana

„Ameryka była gwarantem swoistej stabilizacji – poprzez środki pokojowe albo militarne”.
Randy Lemoine/Flickr CC by 2.0

„Ameryka była gwarantem swoistej stabilizacji – poprzez środki pokojowe albo militarne”.

Koniec Pax Americana nie jest dziś bynajmniej związany z amerykańskim izolacjonizmem. Wręcz przeciwnie. W bardzo wielu sytuacjach doświadczamy zwiększonego zaangażowania Amerykanów: zdecydowane zaostrzenie polityki wobec Rosji; zwrot ku Azji; straceńcze próby załagodzenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego; pośredni i bezpośredni udział w wydarzeniach w Egipcie i innych miejscach arabskiej wiosny; wzmożona aktywność w Iraku przed wycofaniem wojsk i ciągłe zaangażowanie w Afganistanie, udział w walce z Państwem Islamskim; pełne determinacji próby podtrzymywania sojuszu z Turcją; działania dyplomatyczne w związku z konfliktem na Ukrainie; strategiczne działania na rzecz podpisania Partnerstwa na rzecz Handlu i Inwestycji (Transatlantic Trade and Investment Partnership – TTIP), konstruktywne zaangażowanie w podpisanie Balijskiej Umowy Ułatwiającej Handel (Bali Trade Facilitation Agreement) i odświeżone zainteresowanie Afryką. To tylko niektóre przykłady amerykańskich działań w sferze zagranicznej.

Jestem przekonany, że obecny moment w historii świata będzie oceniony jako czas przełomu – kulminację procesu prowadzącego do upadku Pax Americana.

Co więc się zmieniło? Nowością jest powszechne poczucie spadku amerykańskiej potęgi. Mamy do czynienia ze wzrastającą różnicą między zaangażowaniem a jego rezultatami. Wystarczy prześledzić efekty działań opisanych wyżej. Relacje z Rosją są na poziomie zimnowojennym, nie czuje się ona już ograniczona potęgą Ameryki jak dawniej. Chińska postawa wojenna względem Japonii na Morzu Południowochińskim nie byłaby do wyobrażenia jeszcze dekadę temu. Dojmujące poniżenie (nie ma wystarczająco mocnego słowa, by to opisać) w co rusz przerywanym izraelsko-palestyńskim procesie pokojowym. Zerowy wpływ na krwawe walki w Gazie. Relacje z Egiptem bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek. Zapaść w Libii i ogólny brak zdolności Amerykanów, by współkształtować albo choć przewidzieć wydarzenia po Arabskiej Wiośnie. W nieładzie opuszczony Irak z Ameryką pospiesznie szukającą przymierza z niedawnymi wrogami w obliczu swojej klęski w Syrii (i nikt nie waży się powiedzieć tego, co każdy myśli: wielu ogarnia tęsknota za starymi dobrymi czasami świeckiego reżimu Saddama). Amerykańska zasłużona dywidenda w Afganistanie została niemal spisana na straty, Turcja przestała nawet udawać sojusznika. Nie można było także stworzyć wspólnego frontu z Unią Europejską w sprawie sankcji wobec Rosji. 

„Rola Ameryki w świecie zależy od jej legitymizacji oraz skuteczności w osiąganiu minimalnego kompromisu na poziomie tak zwykłych ludzi, jak całej klasy politycznej”.
Phil Roeder/Flickr CC by 2.0

„Rola Ameryki w świecie zależy od jej legitymizacji oraz skuteczności w osiąganiu minimalnego kompromisu na poziomie tak zwykłych ludzi, jak całej klasy politycznej”.

Trzeba było katastrofy malezyjskiego samolotu – amerykańska presja nie wystarczyła – by osiągnąć jedność Europy w tej sprawie. Sprawa TTIP jest w zastoju, a jego requiem jest już powoli komponowane. Stojąca pod znakiem zapytania Bali Trade Facilitation Agreement (sama w sobie będąca już listkiem figowym do zakończonych niepowodzeniem negocjacji w Doha), której przyszłość jest w rękach Indii, a nie USA. Ameryka w Afryce? Jak to się mówi po chińsku?

Dlaczego więc obserwujemy koniec Pax Americana? Powierzchownie rzecz biorąc, można mówić o rutynowym ograniczeniu aktywności po bardzo kosztownych działaniach militarnych. Ale jest o wiele głębszy powód. W polityce amerykańskiej w czasie przynajmniej dwóch prezydentur (Busha i Obamy) podziały kulturowe łączą się z politycznymi (i częstokroć z ekonomicznymi), co tworzy bezprecedensowo spolaryzowane środowisko polityczne, które osłabia zdolność rządu do rozwiązywania problemów tak wewnątrz kraju, jak poza jego granicami. A to dramatycznie osłabia amerykańską wiarygodność. Obserwowaliśmy nazbyt wiele przykładów, w których autorytet prezydenta USA był skutecznie obniżany przez sytuację wewnętrzną, by wierzyć, że polityka Waszyngtonu może być skuteczna. Rola Ameryki w świecie zależy od jej legitymizacji oraz skuteczności w osiąganiu minimalnego kompromisu na poziomie tak zwykłych ludzi, jak całej klasy politycznej. Wielu Amerykanów winiło za pogorszenie jakości amerykańskiej polityki Baracka Obamę, co jest formą eskapizmu, ucieczki od prawdziwych źródeł problemu. 

„Nowością jest powszechne poczucie spadku amerykańskiej potęgi”.
mashleymorgan/Flickr CC by 2.0

„Nowością jest powszechne poczucie spadku amerykańskiej potęgi”.

Jednym z nich jest gospodarka. Solidna gospodarka to nie tylko warunek finansowania budżetowych następstw utrzymywania Pax Americana – poprzez sprzęt wojskowy, strategiczną pomoc zagraniczną itd. To także jest fundamentalny czynnik w projektowaniu, obejmowaniu swą potęgą innych krajów. Ameryka wprawdzie ciągle jest gospodarczym mocarstwem, ale cierpi na strukturalne problemy fiskalne. Co istotniejsze, jej nadrzędna pozycja gospodarcza w odniesieniu do innych szybko się zmniejsza, a w niektórych wypadkach wręcz już straciła swoją nadrzędność. Zadłużenie u jednego ze swych największych przeciwników jest tylko jednym, uderzającym aspektem upadku jej mocy.

W tej strategicznej kalkulacji znaczenie ma także to, że – na określonym poziomie rozwoju – kapitał ludzki staje się decydujący i stanowi manifestację siły. Nierównowaga demograficzna nie jest wprawdzie niczym nowym, Chiny i Indie miały zawsze o wiele więcej mieszkańców niż USA, ale było to mniej ważne, gdy porównywało się słabiej zaludnione kraje wysoko rozwinięte z bardzo zaludnionymi krajami słabo rozwiniętymi (których populacja była biedna i słabo wyedukowana). Dziś poziom rozwoju wielu z niegdyś zacofanych krajów gwałtownie się zmienia. Gdy Chiny, Indie czy Brazylia szybko zmniejszają różnice w rozwoju, ogromne różnice w zakresie liczby ludności będą miały rosnące znaczenie ekonomiczne, militarne i polityczne.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj