Piłkarze z Kielc wygrywają Ligę Mistrzów! Historyczny sukces dzięki handlarzowi... używanej odzieży
Serwus, jestem Bertus
Szczypiorniści Vive Kielce jako pierwszy polski zespół zostali najlepszą drużyną Europy w piłce ręcznej.
Handel używaną odzieżą okazał się dla Bertusa Servaasa strzałem życia.
Leszek Zych/Polityka

Handel używaną odzieżą okazał się dla Bertusa Servaasa strzałem życia.

Wśród gwiazd klubu Vive Kilece jest Ivan Cupić, uważany za najlepszego prawoskrzydłowego świata.
Piotr Polak/Reporter

Wśród gwiazd klubu Vive Kilece jest Ivan Cupić, uważany za najlepszego prawoskrzydłowego świata.

To równocześnie największy sukces polskiej drużyny w grach zespołowych – żadnej nigdy nie udało się wygrać rozgrywek z udziałem mistrzów krajowych. Wszystko to dzieło prezesa Bertusa Servaasa – z pochodzenia Holendra.

[Artykuł został opublikowany w POLITYCE w maju 2013 r.]

Holender Bertus Servaas, rekin w handlu odzieżą używaną, ma słabość do dzielenia się swoimi pieniędzmi. Dzięki temu klub piłki ręcznej Vive Targi Kielce wyrósł na europejską potęgę.

Gdy prezes Bertus Servaas zagląda do hali swojej firmy Vive Textile, sortujący ubrania z odzysku pracownicy nie kulą się nad stołami, pozorując najwyższe skupienie, ale przeciwnie – luzują się. A prezes, człowiek towarzyski i niewyniosły, rozdaje uśmiechy, ściska dłonie, zagaja o byle czym, a z pracownikami pamiętającymi początki firmy sprzed 21 lat strzela misie.

Kiedyś prezes znał wszystkich ludzi w firmie z imienia, ale teraz to już niemożliwe, bo zarządza molochem. Vive Textile stało się branżowym imperium – 350 ton ubrań dziennie wprawne ręce (głównie damskie) sortują na około 800 kategorii, a następnie towar trafia do któregoś z 55 krajów na świecie. Poza tym prezes ma na głowie inne interesy działające pod szyldem Vive, jak również fundację Vive Serce Dzieciom oraz klub piłki ręcznej Vive Targi Kielce, który w pierwszy czerwcowy weekend zagra w turnieju finałowym Ligi Mistrzów, razem z potęgami: Barceloną, THW Kiel i HSV Hamburg. O klubie 50-letni dziś prezes Servaas mówi z czułością: moje dziecko.

Przygodę w branży odzieży z odzysku zaczął w połowie lat 80. razem z przyjacielem z podwórka, też Bertusem. Założyli firmę, która ubrania kupione od organizacji charytatywnych sprzedawała na Węgry. Interes szedł nieźle, ale tylko do czasu. Któregoś dnia węgierski partner zapadł się pod ziemię razem z towarem.

To niepowodzenie obu Bertusów nie zniechęciło. Byli już bowiem przekonani, że ubrania z Zachodu mają w byłych demoludach wartość praktyczno-mityczną i rozchodzą się na pniu. Nie byli jednak zdecydowani, gdzie biznes rozkręcać. Dali więc w holenderskiej prasie ogłoszenie z prośbą o kontakt do pionierów, którzy we wschodniej Europie przecierają biznesowe szlaki. Odpowiedź przyszła z Polski, z kieleckiego, a konkretnie z Górek Szczukowskich, gdzie dwaj rodacy Bertusów próbowali zdobyć przyczółek w branży mięsnej.

Bertus Servaas zjawił się w Górkach Szczukowskich z trzema tonami ciuchów, a rodacy wynajęli mu część świeżo wzniesionego budynku. Mięsnego interesu nie udało im się jednak rozkręcić, ugrzęźli na etapie zezwoleń. Weszli więc w spółkę z Bertusami. Do dziś jeden z nich, Jacques, zasiada w radzie nadzorczej Vive. – To mój biznesowy tata – mówi prezes Bertus, który stara się tworzyć więzi rodzinne wszędzie tam, gdzie działa.

Przedsięwzięcie szło tak dobrze, że po pół roku trzeba było kupić maszyny do sortowania ciuchów. Wtedy Servaas wrócił do Amsterdamu, a drugi Bertus zmienił go w sortowni. Następnego dnia po przyjeździe do Polski miał wypadek samochodowy – zginął na miejscu.

Interes stanął pod znakiem zapytania, bo Servaas był w rozsypce. Wyjechał z Polski na dwa tygodnie, znajomi w Amsterdamie uważali, że nie ma do czego wracać, bo tubylcy z Górek i okolic rozkradną firmę do cna. – Gdy przyjechałem, wszystko było na swoim miejscu. Posortowane ubrania czekały na odbiorców – wspomina Servaas.

Handel używaną odzieżą okazał się dla Holendra strzałem życia. Niebawem postawił w Górkach Szczukowskich potężne hale, a przed nimi plac do rozładunku i postoju tirów. Stał się człowiekiem zamożnym, rozpoznawalnym i szanowanym. Pracownicy mówili: ludzki pan, a do tego swój chłop – daje zarobić, docenia pracowitych, nie pozostaje obojętny, gdy ktoś jest w potrzebie. Podobało im się, że kazał swoim menedżerom zakładać robocze stroje i wysyłał na dół, do sortowni – żeby poczuli ducha firmy i nabrali szacunku dla pracowników uwijających się w hałdach ciuchów.

Fizyczni lubili Servaasa, bo pozycja i pieniądze nie przewróciły mu w głowie. Garnął się do ludzi, chętnie rozmawiał, tworząc przy tym po polsku istne łamańce, przez co była kupa śmiechu. Śmiech bywał zresztą często jedynym wyjściem z sytuacji, jak wówczas gdy prezes nadużywał wobec polskich rozmówców słowa idiota, nie mając zupełnie świadomości, że w Polsce to zwrot dużo cięższego kalibru niż w Holandii.

Tłuste lata przerwał pożar hal w październiku 2002 r. Zła wiadomość zastała prezesa w drodze do Holandii. Przyjechał do firmy w środku nocy, ogień już ugaszono, więc miał nadzieję, że część dobytku ocalała. Ale był kłębkiem nerwów; nie pomagali mu przybyli na miejsce policjanci, zadając głupie pytania o wysokość polisy ubezpieczeniowej.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj