szukaj
Co zostało po Euro na Ukrainie? Kłopoty
Twarde lądowanie
Ukraina po Euro odziedziczyła puste lotniska, niewykorzystane stadiony i sporo pytań, czy warto było za to wszystko płacić.
Park wokół Donbas Areny w Doniecku.
Brücke-Osteuropa/Wikipedia

Park wokół Donbas Areny w Doniecku.

Terminal D na lotnisku Kijów-Boryspol.
Maksym Kozlenko/Wikipedia

Terminal D na lotnisku Kijów-Boryspol.

Arena Lwów kosztowała 2,9 mld hrywien (1,14 mld zł), pieniądze pochodziły w większości z publicznych źródeł.
Sewich/Wikipedia

Arena Lwów kosztowała 2,9 mld hrywien (1,14 mld zł), pieniądze pochodziły w większości z publicznych źródeł.

Gdyby zorganizować konkurs na najbardziej soczystą trawę rosnącą wokół stadionów ubiegłorocznego Euro, bezapelacyjnie wygrałaby ta z parku kultury i wypoczynku im. Leninowskiego Komsomołu w Doniecku. Park sławi pierwszy radziecki okręt podwodny o napędzie atomowym i otacza Donbas Arenę, siedzibę Szachtara, mistrza Ukrainy i najlepszej drużyny wschodu kontynentu. Trawa jest tu pieczołowicie przycinana, a przed północną automat włącza podlewanie płoszące pary obściskujące się na okolicznych ławkach. Szachtar nie martwi się o pieniądze, utrzymuje go Rinat Achmetow, najbogatszy Ukrainiec. Zbudował stadion, płaci rachunki i dba, by bilety na mecze były w finansowym zasięgu fanów, z których wielu pracuje w należących do Achmetowa hutach i kopalniach. W przemysłowych miastach zagłębia węglowego wschodniej Ukrainy zanieczyszczone powietrze może i można kroić nożem, ale na osłodę zostaje rozrywka i sportowe sukcesy na europejskim poziomie.

Zupełnie inne nastroje panują wokół stadionu we Lwowie, tysiąc kilometrów na zachód od Doniecka. Arena Lwów kosztowała 2,9 mld hrywien (1,14 mld zł), pieniądze pochodziły w większości z publicznych źródeł. Podczas Euro rozegrano na niej trzy mecze grupowe, później jeszcze tylko ośmiokrotnie (w większości były to mecze klubowe) i teraz nie bardzo wiadomo do czego obiekt miałby się przydać. Mogłyby grać na nim lokalne Karpaty, razem z Szachtarem występujące w najwyższej klasie rozgrywek piłkarskich, jednak właściciel klubu nie porozumiał się z miastem i uznał, że nowy stadion nie tylko jest za drogi w utrzymaniu, ale jeszcze przynosi drużynie pecha. Tyle że gra na własnym, starym stadionie też na niewiele się Karpatom zdała. W zakończonym w maju sezonie zebrały ostre cięgi, przegrały 17 z 30 meczów, zremisowały 6 i zajęły ostatnie miejsce przed strefą spadkową. Na dodatek klub dzień po ostatniej kolejce ogłosił, że sprzedaje aż 19 zawodników, w tym grającego do niedawna w Lechu Poznań Semira Štilicia.

W minionym sezonie na Arenie Lwów w czasie remontu własnego stadionu (i zanim spadła z Premier Lihy) zagrała także Howerla z pobliskiego Użhorodu. Na spotkanie z Szachtarem, najlepszą drużyną wschodniej Europy przyszło niewiele ponad 5 tys. osób, co oznacza, że 30 tys. niebiesko-żółtych krzesełek pozostało pustych. Operator stadionu próbuje łatać budżet organizacją konferencji i ślubów, ale idzie mu słabo, bo nie stać go m.in. ani na pensje dla personelu restauracji, ani rachunki za prąd, ani na sprzątanie obiektu. Do końca roku stadion będzie na garnuszku ministerstwa edukacji, odpowiedzialnego również za sport. Co później? We Lwowie całkiem poważnie zastanawiają się więc, czy stadion nie zostanie rozebrany.

Jak budować to z rozmachem

To niejedna nietrafiona inwestycja zrealizowana na Ukrainie przed mistrzostwami. - Podczas przygotowań do mistrzostw wcale nie chodziło o sport, nawet nie o politykę, ale o publiczne pieniądze, które wartko popłynęły do firm budowlanych. To ich interes decydował – stwierdza Jurij Jakimienko z Ukraińskiego Centrum Badań Ekonomicznych i Politycznych im. O. Razumkowa. Płacono lekką ręką, często zarabiały firmy powiązane z rządzącą Partią Regionów, więc budowano z rozmachem. Na przygotowanie 16 meczów ukraińscy podatnicy wydali 61 mld hrywien, siódmą część rocznego budżetu państwa. Rok po turnieju jego skutkami zajmuje się przede wszystkim ukraińska izba obrachunkowa, odpowiednik NIK, prokuratura, niemrawo rekonstruująca schematy korupcyjne oraz dziennikarze śledczy, próbujący wskazać winnych budżetowego rozpasania.

Jego symbolem stało się m.in. lądowisko dla helikopterów pod Kaniowem nad Dnieprem, zbudowane w pobliżu mauzoleum Tarasa Szewczenki. Ludzie Wiktora Janukowycza objaśniali, że podczas mistrzostw grób narodowego wieszcza z pewnością odwiedzą majętni Ukraińcy zza granicy zamożni na tyle, by przemieszczać się po ojczyźnie helikopterami. Natomiast już po mistrzostwach lądowanie pod Kaniowem miało stać się stałym elementem wizyt zagranicznych dostojników, którzy przylatywaliby z oddalonego o 100 km Kijowa, by oddać hołd poecie, na podobnej zasadzie, jak w Azerbejdżanie delegacje obowiązkowo odwiedzają mauzoleum Hajdara Alijewa w Baku, ojca azerbejdżańskiej niepodległości (i obecnego prezydenta). Lądowisko pod Kaniowem kosztowało 87 mln hrywien (35 mln złotych) i przez pierwszy rok działalności obsłużyło kilkanaście lotów. Na dodatek kaniowski helipad nie ma jeszcze niezbędnych certyfikatów, ale jego władze liczą, że uda się je zdobyć jeszcze w tym roku, by lądowisko przydało się na kolejne wielkie wydarzenie: dwusetną rocznicę urodzin Szewczenki. Przypada w przyszłym roku.

 

Czytaj także

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj