Julek Ćwieluch na największym statku świata: dziennik pokładowy
Zdobycie zgody na rejs trwało szesnaście miesięcy. Było warto?

3 grudnia 2014, cumowanie

Wczoraj wieczorem przepływaliśmy pod jednym z najdłuższych mostów świata. Kapitan Petersen mówił o tym już od rana. A pozostali Duńczycy mocno mu wtórowali. Trochę wyglądało to na leczenie kompleksów stosunkowo małego kraju, który jednak widzi się jako jednego z głównych graczy w Europie, a nawet całym świecie.

Obiad był tradycyjnie gotowy na 17. I o niczym innym nie mówiono, tylko o tym moście. Planowane przejście pod mostem miało się odbyć o 19. Piętnaście minut wcześniej na mostku zaczęło się robić naprawdę gęsto. W zasadzie cała załoga w komplecie. Czekałem, kiedy kucharz zacznie sprzedawać popcorn, bo atmosfera była sprzyjająca. Nad mostkiem jest jeszcze jeden pokład, ale otwarty. To znaczy, że wieje tam tak, że łeb urywa. I nikt specjalnie nie pali się, żeby tam wchodzić. Jak twierdzi kapitan Petersen, to miejsce stworzone dla dziennikarzy. W żargonie marynarskim nazywa się Monkey Island (Wyspa Małp) i zastanawiam się, czy właśnie o to kapitanowi chodziło.

No w każdym razie im bliżej było 19, tym bardziej rozumiałem, skąd to zbiegowisko. Most jest spory. Ale statek jest również słusznych rozmiarów. Tym bardziej, że w Bremerhaven zrzuciliśmy sporo kontenerów, więc zmniejszyło się zanurzenie. Jeśli okażemy się za wysocy, to Duńczyków czeka kosztowny remont, A Maersk zakup dwóch kolejnych radarów i dłuższa wizyta w stoczni.

Będąc na statku, wydaje się, że Mamuśka ledwo się wlecze. Ale kiedy przepływaliśmy pod mostem i można było z czymś zestawić prędkość, okazało się, że nie ma co narzekać. Most minęliśmy dosłownie w dwie, trzy sekundy. A był na tyle blisko, że dla żartów spokojnie można było maznąć z pokładu jakąś niebieską smugę, która udawałaby, że trochę przyrysowaliśmy.

Cumowanie
Juliusz Ćwieluch/Polityka

Cumowanie

Dalsza część wieczoru nie była już tak atrakcyjna. Dzień na statku wcześnie się zaczyna i wcześnie kończy. Oczywiście dla tych, którzy nie mają służby, czyli nielicznych.

O 19 na pokład wsiadł polski pilot morski. Kolejne dwie godziny zajmuje mu wprowadzenie statku do portu. Kolejną godzinę – przybicie do brzegu i zacumowanie. Przy tak dużym statku wszystko toczy się wolno. A jednocześnie czas tutaj szybko płynie. Może dlatego, że – jak mówi kucharz Roel – tu codziennie jest poniedziałek. Wszystkie dni są do siebie podobne i trzeba wymyślać sztuczne podziały, żeby jakoś je odróżniać. Atrakcją środy jest podwieczorek podawany przed obiadem. Może to dziwnie wyglądać, ale zdaje się, że również temu służy. Jedzenie na statku należy do jednych z nielicznych atrakcji. Zabija monotonię. Na podwieczorek były naleśniki w amerykańskim stylu. Właściwie to bardziej placki niż naleśniki.

Statek czeka dłuższy postój w porcie w Gdańsku. To czas na naprawy i wyjście do sklepów. Załoga przechodzi szybki kurs polskości. Pytają o pieniądze (są zdziwieni, że nie mamy euro), ceny za taksówki (nieuczciwi taksówkarze to patent, który funkcjonuje w każdym porcie) i chcą wiedzieć, czy mamy dobre mleko (o marki piw nikt nie pytał). Mleko to na statku towar deficytowy. Załoga dostaje je tylko na śniadanie. Wygląda na to, że marynarze w ostatnich latach przeszli sporą metamorfozę.

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj