Prawdy i mity o medycznej marihuanie
Stan zadymienia
Little Green Pharmacy, punkt apteczny sprzedający medyczną marihuanę w Denver, Kolorado
Randall Benton/Sacramento Bee/MCT/Getty Images

Little Green Pharmacy, punkt apteczny sprzedający medyczną marihuanę w Denver, Kolorado

Dr Dorota Rogowska-Szadkowska
Maciej Łuczniewski/Reporter

Dr Dorota Rogowska-Szadkowska

Flickr CC by 2.0

Czy jednak nie są zasadne obawy, że legalizacja medycznej marihuany przyczyni się do zwiększenia użycia rekreacyjnego, a w konsekwencji otworzy furtkę do zainteresowania silniejszymi narkotykami?
Kolejny fałsz. Holendrzy zbadali, że utrzymywanie marihuany na liście środków zakazanych to raczej furtka dla dilerów. Bo dilerowi bardziej opłaca się sprzedawać za grubsze pieniądze twarde narkotyki niż zakazaną marihuanę, więc będą je proponować tym, którzy się do nich zgłoszą. Po zalegalizowaniu marihuany w pięciu stanach USA spadła sprzedaż alkoholu, co przełożyło się na poprawę bezpieczeństwa na drogach i spadek rozbojów. Śmiertelność spowodowana przedawkowaniem opioidowych leków przeciwbólowych, przepisywanych na recepty w latach 1999–2010, zmniejszyła się o 24,8 proc. w porównaniu ze stanami, gdzie stosowanie marihuany w celach medycznych jest nielegalne. Chcę wyraźnie podkreślić, że marihuanę w celach terapeutycznych pali się zwykle inaczej niż dla rekreacji. I decydujący nie jest sam ten czy inny ekstrakt, lecz – tak jak w większości leków pochodzenia roślinnego – również inne składniki: terpenoidy, flawonoidy, którym przypisuje się działanie lecznicze.

Terapeuci uzależnień mają na ten temat inne zdanie.
Ponieważ zajmują się osobami zazwyczaj już głęboko uzależnionymi. Widzą poważne problemy, jakie u większości sięgających po marihuanę w ogóle się nie zdarzają. A o tych, którzy wspomagają się nią w krańcowych stadiach chorób, nie mają pojęcia. Najczarniejsze szacunki szefowej antynarkotykowej agencji w USA, która notabene jest wnuczką Lwa Trockiego, wskazują, że od marihuany może uzależnić się najwyżej 9 proc. osób, które jej spróbują.

Czy to nie pacjenci chorzy na AIDS przyczynili się w latach 80. XX w. do tego, że zapomniana marihuana wróciła do łask i zaczęto o niej mówić jak o błogosławionym leku?
Na początku tej epidemii w Stanach Zjednoczonych ludzie umierali z powodu wyniszczenia, bo nie mogli jeść, spać i mieli świadomość, że czeka ich śmierć w straszliwych męczarniach. Zauważyli, że marihuana poprawia apetyt, że przestają chudnąć, a nawet przybierają na wadze. Łatwiej im było pogodzić się z nieuchronnie nadchodzącą śmiercią. I wtedy przypomnieli sobie, że za prezydentury Jimmy’ego Cartera rząd federalny oraz Kongres zaaprobowały w 1978 r. używanie marihuany jako leku, wprowadzając program Individual Patient Investigation New Drug (IND). Jakoś nikt nie rozpowszechniał tej informacji, że dosłownie kilkoro Amerykanów dostawało od rządu USA pięknie zapakowane skręty w aluminiowych pudełkach. Program zamknął dla nowych pacjentów George Bush w 1992 r. Ale wcześniej zakwalifikowanych nie usunięto z listy i jeszcze dwa lata temu były na niej cztery osoby.

Pani w tym czasie była jedną z pierwszych polskich lekarek zajmujących się chorymi z HIV i AIDS. Czy w waszej Klinice Chorób Zakaźnych w Białymstoku ci pacjenci palili pokątnie marihuanę?
W drugiej połowie lat 80. opiekowałam się wieloma pacjentami uzależnionymi od heroiny, gdyż marihuana nie była wtedy w Polsce tak dobrze znana. Na moje szczęście ja także nie zdawałam sobie sprawy, jakim dobrodziejstwem mogłaby być dla tych chorych.

Dlaczego na szczęście?
Bo wściekłabym się, gdybym wiedziała to, co teraz wiem na jej temat, i gdybym zdawała sobie sprawę, że nie można jej dla pacjentów legalnie dostać.

Pani działalność na rzecz zakażonych na początku epidemii w Polsce nie była dobrze odbierana. Zupełnie jak teraz, gdy stara się pani odczarować marihuanę.
Kiedy mój ówczesny szef w białostockiej klinice zapytał lekarzy, kto chciałby zająć się pierwszymi zakażonymi wirusem HIV, wielu chętnych nie było. Zgłosiłam się z koleżanką, bo temat wydawał mi się ciekawszy niż leczenie zakaźnych biegunek i wirusowego zapalenia wątroby, na które w tamtych czasach nie było jeszcze skutecznych leków. Zaczęłam poznawać pacjentów z HIV, którymi wtedy w Białymstoku byli głównie narkomani i nikt nie miał o nich dobrego zdania.

Teraz piętnuje pani mity związane z marihuaną, ale wtedy były to mity dotyczące AIDS?
Tak, to paradoksalnie podobne tematy. Widzę, jak bardzo jesteśmy skłonni myśleć schematami, które kompletnie nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Przykładem jest stosunek do kobiet zakażonych HIV, przez ogół uważanych za prostytutki. A ja leczyłam pielęgniarkę pracującą w jednym ze szpitali w Polsce, którą zakaził pierwszy i jedyny w jej życiu mężczyzna. Nie dosyć, że ją zakaził, to jeszcze wpędził w ciążę i sam wyjechał z Polski. Nocą przyszła do dyżurki swoich koleżanek po fachu z prośbą, aby nie traktowały jej jak dziwki. Te kobiety z HIV były w pewnym sensie ofiarami polskiej normy kulturowej – kiedy dziewczyna widzi zainteresowanie ze strony mężczyzny i odwzajemnia uczucie, jest przekonana, że ukochany nie może jej zrobić żadnej krzywdy. Miałam wiele pacjentek, które zapytane, kiedy mogły się zakazić, odpowiadały, że to był na pewno ten pierwszy raz. I wiele z nich podejrzewało, że może się zdarzyć coś złego, bo wiedziały, że ich chłopak bierze narkotyki. Gdy pytałam, dlaczego nie domagały się użycia prezerwatywy, zawsze słyszałam tę samą odpowiedź: Co by on sobie o mnie pomyślał! Do tej pory opowiadam o tym studentom i chcę wierzyć, że teraz jest inaczej. Ale z ich spojrzeń nie wnioskuję, żeby tak było.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj