szukaj
Kontrowersyjny pomysł na oczyszczenie lekkoatletyki. Kto i po chce czyścić tabele z rekordami?
Lekkoatletyczni działacze każą nam wierzyć w to, że mistrz sprzed pięciu lat jest czystszy niż ten sprzed piętnastu.
Lekkoatletyczni działacze mają swój interes w tym, żeby rekordowe tabele w pewnym stopniu zresetować.
Sangudo/Flickr CC by 2.0

Lekkoatletyczni działacze mają swój interes w tym, żeby rekordowe tabele w pewnym stopniu zresetować.

Prania brudów w lekkoatletyce ciąg dalszy. Zaczęło się od propozycji obecnego szefa Europejskiej Federacji Lekkoatletycznej, Sveina-Arne Hansena, by anulować wszystkie rekordy świata ustanowione przed 2005 rokiem, gdy – jak należy interpretować uzasadnienie resetu – doping był powszechny i bezkarny.

Niektórzy autorzy rekordowych wyników wyrazili żywe oburzenie, zapowiedzieli pozwy w obronie dobrego imienia, a ich nieformalnym głosem został były szwedzki mistrz w skoku wzwyż Patrick Sjoeberg, oznajmiając, że akurat Hansen jest ostatnim, który powinien stroić się w piórka dopingowego etyka, bo będąc organizatorem mityngu w Oslo, brał udział w tuszowaniu dopingu, a zamiana próbek moczu kosztowała od 500 do 1000 dol.

Zanosi się na kolejną sportową operę mydlaną z dopingiem w tle, bo Hansen zapowiedział pozwanie Sjoeberga, a tymczasem dziennikarze już dotarli do innych uczestników lekkoatletycznego życia lat 80., którzy potwierdzają wersję skoczka.

Niektóre rekordy śmierdzą na kilometr

Oczywiście lata 70., a zwłaszcza 80., to czas największego dopingowego rozpasania, czarny okres w dziejach zawodowego sportu, gdy po wschodniej stronie żelaznej kurtyny sterydowy tucz mistrzów odbywał się pod patronatem władzy, po zachodniej była to inicjatywa prywatna – a łowcy dopingu dreptali w miejscu, sporadycznie odnotowując spektakularne sukcesy, jak ustrzelenie kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona na igrzyskach w Seulu. Niektóre rekordy z tamtych śmierdzą na kilometr, są rekordami tylko z nazwy, a każdy świadom ówczesnych realiów nie traktuje ich poważnie, wzmiankuje się o nich z konieczności, najczęściej robiąc odpowiednią aluzję co do czasów, w jakich były osiągane.

Inicjatywa Hansena nosi znamiona grubej kreski sugerującej wielkie oczyszczenie, co dla każdego przytomnego obserwatora nie tylko lekkoatletycznej rzeczywistości jest absurdalne, bo 2005 r. nie przyniósł z punktu widzenia skutecznej walki z dopingiem żadnego przełomu.

Nieosiągalność pewnych rekordów nie umniejsza splendoru oraz grubych premii towarzyszących medalom, co z kolei ujawnia makiaweliczne skłonności uczestników rywalizacji. Niekiedy, jak dowiodło np. śledztwo dziennikarza ARD Hajo Seppelta, są to skłonności inspirowane przez państwa (Rosja, Chiny, Kenia), chore na punkcie sportowej dominacji swoich. Demaskowanie oszustów nie sprzyja wierze w to, że rywalizacja jest czysta, chociaż instynkt kibica podpowiada, by nie popadać w paranoję, że biorą wszyscy.

Kto ma interes w resecie rekordowych tabel?

Lekkoatletyczni działacze mają oczywiście swój interes w tym, żeby rekordowe tabele w pewnym stopniu zresetować. Perspektywa uzyskania rekordowego wyniku zawsze jest dla zawodów ożywcza – łatwiej skusić sponsorów, telewizje, przyciągnąć kibiców. Dziwne tylko, że ideę Hansena bezkrytycznie wsparł szef IAAF, Sebastian Coe.

Na przełomie lat 70. i 80. Coe, średniodystansowiec, ustanowił 9 rekordów świata. Czy lord Coe chce nam o sobie samym powiedzieć coś więcej? Czy, jak to przeważnie bywa, mamy się tylko gubić w domysłach?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj