Dlaczego polskie drużyny piłki nożnej wciąż przegrywają mecze w Europie?
Na pochyłych drzewach
Polskie kluby jeden po drugim odpadły z europejskich pucharów. W dużej mierze na własne życzenie.
Futbol bywa nieprzewidywalny, ale ma jednak pewne logiczne fundamenty.
MSZ/Flickr CC by 2.0

Futbol bywa nieprzewidywalny, ale ma jednak pewne logiczne fundamenty.

Jest źle, a może być jeszcze gorzej. Legia Warszawa, która wprawdzie odpadła już z walki o fazę grupową Ligi Mistrzów, ale jako nagrodę pocieszenia zachowała prawo gry w eliminacjach Ligi Europy, gra w tym sezonie jak na razie słabo i potrzebuje szczęścia w losowaniu, by nie drżeć o udział w fazie grupowej tych rozgrywek. Wcale niewykluczone, że jesienią będziemy się karmić zastępczymi emocjami.

Koniec europejskich pucharów już na etapie kwalifikacji prowokuje, żeby na to pochyłe drzewo wskoczyć i używać sobie, ile wlezie. Ale porażka porażce nierówna. Arka nie była faworytem w meczu z duńskim Midtjylland, jest kadrowo słabsza, ale wynik 4:4 uzyskany w dwumeczu wskazuje, że piłkarze z Gdyni, w końcu ligowy średniak, grać potrafią. Walczyli, stracili gola w doliczonym czasie gry.

Postawę Lecha Poznań zgromadzeni na jego stadionie kibice nagrodzili brawami, nie mając najwidoczniej do piłkarzy pretensji. Paradoksalnie najsłabiej wypadła Legia, która wciąż jest w grze. Błędy, jakie jej obrońcy popełnili w Astanie, były rodem z futbolu podwórkowego. A zbiorowa fizyczna zapaść, powtarzająca się w Legii cyklicznie na tym etapie rozgrywek, to dla klubu z takimi aspiracjami powód do wstydu.

W obecnej formie Legia, Lech, Arka oraz ich ostatni pucharowi przeciwnicy – Astana, Utrecht i Midtjylland – to zespoły z tej samej półki. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli polskie kluby mają ambicje, powinny takie przeszkody pokonywać. Sport jest brutalny – na końcu liczy się wynik, a nie wrażenie. Miarą rozwoju polskich klubów są ich wyniki w europejskich pucharach. Jeśli odpadają z nich już w sezonie ogórkowym, to znaczy, że nawet jeśli władze spółki Ekstraklasa SA zapewniają, że jeśli chodzi o przychody, kluby kwitną, to na boisku więdną. A tylko to kibiców obchodzi.

Dlaczego Polacy wciąż przegrywają w piłkę nożną?

Futbol bywa nieprzewidywalny, ale ma jednak pewne logiczne fundamenty. Na przykład racjonalną politykę kadrową. O motywacjach stojących za transferami i delikatności tej materii my, ludzie z zewnątrz, dowiadujemy się najczęściej z drugich albo trzecich ust, co siłą rzeczy nakazuje ostrożność w wyciąganiu wniosków.

Oczywiste jest jednak, że kluczowe znaczenie w tych kwestiach mają pieniądze. Architekt ostatniego mistrzostwa Legii, Vadis Odidja Ofoe, odszedł do Olympiakosu Pireus, bo Grecy zapłacili mu za rok gry 1,5 mln euro, a Legii nie było stać na przebicie tej oferty. Tyle tylko, że wcześniej Legia zarobiła w Lidze Mistrzów astronomiczne w polskich warunkach 20 mln euro. Większość tych pieniędzy poszła jednak na spłatę długów wobec poprzedniego właściciela, ITI.

Może jednak warto było część tych zobowiązań odroczyć i zatrzymać Belga za cenę królewskiej pensji, mając w perspektywie awans do Ligi Mistrzów, gdzie znów się można obłowić i naoliwić trwale mechanizm, który ma wynieść Legią na upragniony wyższy poziom?

Wymiana połowy składu przed pucharowym być albo nie być to jest prosta droga do zachwiania stabilnością drużyny, co potem, jak widać, odbija się w Europie czkawką. Z drugiej jednak strony – trudno się dziwić, że Lech sprzedaje Jana Bednarka za ponad 5 milionów euro, zarabiając jednym strzałem tyle, ile Legia zarobiła trzy sezony temu, wygrywając swoją grupę w Lidze Europy i docierając do 1/16 finału.

Poza tym priorytetem Lecha jest mistrzostwo. Z tego punktu widzenia udział w pucharach to kłopot, bo zwiększa ryzyko kontuzji i generuje zmęczenie u zawodników. Puchary przestały być już nawet oknem wystawowym dla piłkarzy, można ich z powodzeniem sprzedać, promując wyłącznie za pośrednictwem Ekstraklasy, czego Lech, który latem sprzedał oprócz Bednarka Dawida Kownackiego i Tomasza Kędziorę, jest najlepszym przykładem.

Dopóki polskie kluby tkwią w przeciętności, ich racją stanu jest inwestowanie w młodych polskich piłkarzy, którzy, choćby z poczucia lojalności oraz głęboko zapuszczonych na miejscu korzeni, nie traktują klubu jak stacji przesiadkowej.

Legia nie potrafi wychowywać piłkarzy, więc stała się ośrodkiem rekonwalescencji dla obcokrajowców mających tzw. papiery na granie dobrych kilka lat temu, a teraz najczęściej sportowo zapuszczonych. Zanim w Warszawie doprowadzi się ich do stanu piłkarskiej użyteczności, puchary odjeżdżają.

W Poznaniu, gdzie akademia działa o niebo lepiej, latem hurtem sprowadzono piłkarzy z zagranicy. W meczu z Utrechtem zagrało w pierwszym składzie siedmiu obcokrajowców, w tym czterech świeżo kupionych. To nie są inwestycje na lata. Podważenie racjonalnej polityki kadrowej Lecha, na której korzystała również reprezentacja, jest większym zmartwieniem niż to, że już go nie ma w europejskich pucharach.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj