Kiedy nadejdzie koniec świata
Homo catastrophicus
Zainspirowani rosnącą liczbą doniesień o końcu świata oraz opublikowanym przez Oxford University raportem „Global Catastrophic Risk” podejmujemy próbę uporządkowania rozproszonej wiedzy na temat nieuniknionego, jak się coraz częściej słyszy, Armagedonu.
Everett Collection/EAST NEWS

Kosmologicznie rzecz biorąc, rozszerzający się Wszechświat, a w nim życie, skazany jest na śmierć cieplną. Na to rady (raczej) nie ma. Ewolucyjnie patrząc 99,9 proc. wszystkich gatunków zwierząt i roślin, które kiedykolwiek pojawiły się na Ziemi, już wymarło (zapewne głównie na skutek konsekwencji uderzeń ciał kosmicznych lub/i wybuchów wulkanów). Homo sapiens, ze swoim dumnym antropocentryzmem, zaludnia pozostały ułamek procenta. To niewiele. W pierwszym zaokrągleniu, mawiają niektórzy uczeni, wymarło już wszystko.

Historycznie rzecz ujmując, wiadomo zaś tylko tyle, że nic nie wiadomo, bo historia – jak mawiał Sřren Kierkegaard – jest zrozumiała tylko wtedy, kiedy się ją odczytuje od końca. Jednakże doniesienia o rychłej apokalipsie wydają się nieco przesadzone, czego dowiedziemy nie wprost, przedstawiając ważniejsze jej scenariusze.

 

Z cząsteczki powstali

Ewolucja Układu Słonecznego i Wszechświata

Widoki na daleką przyszłość naszej planety są marne. W miarę spalania wodoru Słońce będzie zmniejszało swoją gęstość, temperaturę, natomiast zwiększało objętość. W końcu, gdy po 5 mld lat zapasy paliwa termojądrowego się wyczerpią, zamieni się w czerwonego olbrzyma. Wchłonie trzy pierwsze planety, w tym Ziemię. Biosfera zostanie wysterylizowana miliard lat wcześniej.

Przed tym losem może uchronić Ziemię przypadek. Pęczniejące Słońce może wytrącić planetę z pierwotnej orbity. Prawdopodobnie to zaledwie odroczenie wyroku. Ostatecznie nasza planeta i tak spadnie na Słońce (o ile wcześniej nie wpadnie na nią Mars, wytrącony ze swej orbity przez Merkurego, który swym nie do końca przewidywalnym zachowaniem rozstraja cały chronograf Układu Słonecznego – przed czym ostrzegają w niedawnym „Nature” Jacques Laskar i Mickaël Gastineau z Observatoire de Paris).

Ocalenie, ale również tylko chwilowe, może przynieść inna gwiazda (lub układ podwójny), zbiegiem okoliczności mijająca naszą gwiazdę. Jeśli jednak pchnięta/pociągnięta ich polem grawitacyjnym Ziemia ucieknie w kosmos, czeka ją tam powolne zamarzanie: po kilku milionach lat złożone formy życia wyginą, a pierwotne zejdą pod powierzchnię. Historia życia zamknie się kołem, w formie bakterii, a potem zakończy.

W dalszej perspektywie rozszerzający się kosmos stanie się miejscem zimnym, ciemnym i pustym. Z czasem z jednej grupy galaktyk nie można już będzie dostrzec pozostałych, znikających za horyzontem kosmologicznym. Jeśli więc badać Wszechświat, to właśnie teraz, kiedy jest jeszcze w dużej części widoczny i jest sprawcą wielu zdarzeń: gwiazdy rodzą się w nim i trwają. Za 10–20 mld lat będą już tylko umierać.

Kosmos ery zdegenerowanej zdominują gęste, ledwie widoczne brązowe i białe karły, gwiazdy neutronowe. A kiedy zgasną i one, nadejdzie – za jakiś tysiąc septylionów lat – czas, gdy najjaśniejszymi obiektami na niebie okażą się czarne dziury (emitujące tzw. promieniowanie Hawkinga). Czas ich aktywności określa się na jakiś kwintylion duodecylionów lat (10 i 100 zer). Następująca po nim Era Ciemna – rozrzedzony ocean swobodnych cząstek – to domena już tylko spekulacji.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Niektóre teorie dopuszczają, że coś, co zwykliśmy nazywać próżnią, przełączy się w inną fazę, uruchamiając Wszechświat od nowa (patrz: „Wybuchowa próżnia”).
SKALA RAŻENIA: Totalna. Z czasem cała materia Wszechświata z prochu (cząstek) powstała w proch (cząstki) się obróci.
RATUNEK: Fizyk Freeman Dyson proponował na przykład budowę (w dalekiej przyszłości) wielkiej samowystarczalnej sfery z gwiazdą w jej centrum. Ale i taka gwiazda kiedyś zgaśnie. Inteligentne życie (a może już tylko sama inteligencja) przetrwa pod warunkiem, że zdoła ujarzmić energię całych galaktyk i stworzy sztuczne sanktuaria. Science fiction.
WSPÓŁCZYNNIK RYZYKA: Na szczęście mało kto wie, ile dokładnie zer ma duodecylion.

 

Gwiazda gorejąca

Upadki planetoid i komet


Okresy intensywnego wymierania gatunków zwierząt i roślin kojarzone są powszechnie ze zbiegami okoliczności, w których swój znaczący udział miały obiekty – planetoidy, komety bądź mniejsze odłamki kosmicznego śmiecia – spadające na powierzchnię Ziemi. O większości z nich wiadomo niewiele. Obraz rozjaśniają nieco m.in. pogrzebane w warstwach geologicznych dowody upadku meteorytu w okolicach meksykańskiego miasta Chicxulub. To ciało kosmiczne 65 mln lat temu wyżłobiło krater o średnicy 180 km, wybiło w powietrze przesłaniający Słońce pył i popiół, a jego odłamki wznieciły globalną pożogę. Całymi latami w atmosferze unosiły się sadza i aerozole kwasu siarkowego. Ziemię ogarnęło coś, co dziś nazwalibyśmy zimą nuklearną (patrz: „Altruistyczny wojownik”). Temperatura spadła. Fotosynteza ustała. Dlatego wyginęły dinozaury (hipoteza Luisa i Watlera Alvareza) i trzy czwarte innych organizmów.

W podobnej sytuacji również cywilizacja stanęłaby przed poważnym wyzwaniem. Obiekt o rozmiarach setek metrów wywołałby zniszczenia na skalę lokalną, wzniecił pożary. Meteoryt o średnicy 1–2 km wystawiłby ludzkość na poważną próbę globalnej solidarności. Efekty zderzenia – początkowy skok temperatury, po którym nastąpiłoby ogólnoplanetarne oziębienie, zwiększona radiacja spowodowana uszkodzeniem warstwy ozonowej – odczuliby wszyscy mieszkańcy Ziemi. Zderzenie z bryłą o rozmiarach rzędu 10 km uśmierciłoby całe gatunki, zakwasiło oceany, zakryło niebo, doprowadziło do długotrwałej zimy. Upadłoby rolnictwo (początkowo w strefach tropikalnych, potem również w umiarkowanych, bardziej odpornych na wahania temperatury); infrastruktura komunikacyjna stałaby się bezużyteczna, zaczęłoby brakować energii. Skali związanych z tym napięć i konfliktów nie sposób przewidzieć.

Niemal niewyczerpanym (miliardy sztuk) magazynem kosmicznej amunicji jest Obłok Oorta, hipotetyczna, gigantyczna (średnica rzędu 100 tys. odległości Ziemi od Słońca) chmura lodowego, skalnego i metalicznego gruzu oraz komet, otaczająca Układ Słoneczny. Znaczna część ciał potencjalnie zagrażających Ziemi pochodzi właśnie stamtąd. Położenie części śledzimy (m.in. w ramach międzynarodowego programu Spaceguard). Zagadka: z modeli teoretycznych wynika, że z Obłoku Oorta powinno do nas nadlatywać znacznie więcej obiektów, niż rejestrujemy. Wniosek: albo nasze modele są błędne, albo obiekty są ciemne i przez to niezauważane. W pierwszym przypadku będziemy mieli lata lub miesiące na reakcję. W drugim – uderzenie nastąpi bez ostrzeżenia.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Każdy większy bolid coś kończy, ale i coś zaczyna. Katastrofa w Chicxulub pośrednio doprowadziła do powstania gatunku ludzkiego. Mniejsze epizody z udziałem gości z kosmosu wpływały, być może, na jego kulturę. Fred Hoyle, kosmolog brytyjski, prowokował twierdzeniem, że kolejne przełomy w historii ludzkości – koniec epoki lodowcowej, odkrycie metody wytopu metali czy wreszcie narodziny mitologii itd. – wywoływane były przez powracającą co 1600 lat niezbadaną jeszcze kometę.
SKALA RAŻENIA: Wielki obiekt oznacza upadek cywilizacji. Życiu jako takiemu zagroziłoby dopiero zderzenie z prawdziwym gigantem.
RATUNEK: Zawczasu dostrzeżone planetoidy lub komety można odchylić od ich pierwotnego toru – za pomocą rakiety, ładunków wybuchowych. Czasem wystarczyłoby pomalować je na biało, by ciśnienie światła słonecznego wypchnęło je w strefę bezpieczną dla Ziemi.
WSPÓŁCZYNNIK RYZYKA: Stale obecny, zarazem trudny do oszacowania. Obiektów o średnicy 10 km nie powinniśmy się spodziewać częściej niż raz na miliard lat. Kilometrowych – raz na kilkadziesiąt tysięcy lat.

 

My wszyscy z Toby

Wybuchy wulkanów


Wybuch wulkanu Toba na Sumatrze przed 75 tys. lat był wydarzeniem na skalę globalną. Popioły, sadza, związki siarki oraz rozmaite gazy rozprzestrzeniły się w atmosferze, przez długie lata (kilka, kilkanaście) przesłaniając Słońce, co poważnie ochłodziło klimat. Efekty do złudzenia przypominały konsekwencje uderzenia dużej planetoidy bądź komety (patrz: „Gwiazda gorejąca”). Mniejsze, ale nieporównanie lepiej zbadane, erupcje wulkanów – Tambora (1815 r., 92 tys. ofiar), Krakatau (1883 r., 36 tys. ofiar), Mount Pelée (1902 r., 28 tys. ofiar) czy Nevado de la Ruiz (1985 r., 23 tys. ofiar) – dają tylko mgliste pojęcie o tym, co działo się wówczas w Indonezji. Podobna moc drzemie w innych superwulkanach świata (jest ich około 10), choćby w tym największym, leżącym pod powierzchnią Parku Narodowego Yellowstone w USA (ostatni wielki wybuch 600 tys. lat temu).

Równie zgubne w skutkach wydają się towarzyszące niektórym erupcjom osunięcia zboczy wulkanicznych do oceanu, które mogą wywołać gigantyczne fale tsunami. Gdyby typowany na najgroźniejszy pod tym względem łańcuch wulkaniczny Cumbre Viejo na Wyspach Kanaryjskich eksplodował tak jak 3 mln lat temu, kiedy wypiętrzył wyspę La Palma, we wschodnie wybrzeże USA uderzyłaby fala o wysokości 25 m, niszcząc większość leżących tam miast.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Śmiertelna w skutkach zima wulkaniczna po erupcji wulkanu Toba miała znaczący wpływ na ukształtowanie się homo sapiens.
SKALA RAŻENIA: Lokalna, poza wyjątkami megaerupcji.
RATUNEK: Systemy wczesnego ostrzegania. Niestety, mało efektywne w przypadku zdarzeń typu Toba.
REALNOŚĆ RYZYKA: Istotna w rejonach o podwyższonej aktywności wulkanicznej.

 

Rentgenem rażeni

Promieniowanie kosmiczne


Gwiazdy są źródłami zabójczego na dłuższą metę promieniowania gamma, rentgenowskiego i ultrafioletowego. Poddane ich wpływowi łańcuchy kwasów nukleinowych zmieniają swą treść, co może prowadzić do chorób bądź przekazywanych z pokolenia na pokolenie kumulujących się wad genetycznych.

Najbliższym nam źródłem promieniowania są rozbłyski słoneczne, nagłe eksplozje zachodzące w atmosferze Słońca. Są częste, ale niegroźne – energia największych z nich stanowi ułamek energii, którą Słońce emituje w ciągu sekundy. Pewien kłopot mogą sprawić jedynie sondom, statkom w przestrzeni kosmicznej oraz astronautom.

Niepokoić mogą – ale nie powinny – silniejsze źródła promieniowania, jakimi są supernowe, czyli eksplozje towarzyszące zapadającym się masywnym gwiazdom. W naszym rejonie Galaktyki jest ich niewiele.

Światu ożywionemu Ziemi nie zagrożą też raczej rozbłyski gamma. Teoretycznie potrafiłyby zniszczyć warstwę ozonową, wywołać globalne burze i pożary, uszkodzić DNA i RNA, ale na szczęście pochodzą (jak dowodził wybitny astrofizyk Bohdan Paczyński) najpewniej spoza naszej Galaktyki.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Promieniowanie kosmiczne ma wpływ na tempo mutacji, czyli na życie.
SKALA RAŻENIA: Globalna.
RATUNEK: Osłona radiacyjna.
WSPÓŁCZYNNIK RYZYKA: Do pominięcia. Poza przypadkami pracujących na dwa etaty astronautów.

 

Wirus popłochu

Pandemie, bioterroryzm


Amerykańska National Academy of Sciences orzekła w 2002 r., że zaledwie kilku specjalistów z dostępem do laboratorium mogłoby w mało kosztowny i prosty sposób wyprodukować cały wachlarz różnych typów broni biologicznej. Na szczęście, co jest łatwe w teorii, często stawia opór w realizacji. W ciągu ostatnich kilkunastu lat koszty odczytywania genomu spadły blisko tysiąckrotnie. W Internecie dostępne są genomy wirusów polio, SARS czy Ebola. Odpowiadające im sekwencje DNA można zamówić online. Można je poddawać modyfikacjom. Thomas Ksiazek z US Centre for Disease Control przypominał jednak Alanowi Weismanowi, autorowi książki „Świat bez nas”, że wyprodukowanie wirusa w laboratorium to jedno, a sprawienie, by zadziałał, to zupełnie co innego: „To trochę jak z tymi specjalnymi, nieprzenoszącymi chorób zakaźnych komarami. Kiedy wypuszczono je z laboratoriów, okazało się, że w naturze radzą sobie kiepsko”.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Bilans korzystnych i niekorzystnych zastosowań biotechnologii jest zdecydowanie korzystny.
SKALA RAŻENIA: Potencjalnie globalna. Grypa z 1918 r. uśmierciła 20–50 mln osób. Gdyby jej epidemia (lub inna, podobna) wybuchła dziś, byłoby to prawdopodobnie, proporcjonalnie 150–200 mln osób, co przy całkowitej liczbie kilku miliardów zarażonych oznaczałoby paraliż służby zdrowia i nie tylko.
RATUNEK: Spokój, zdrowe odżywianie i przestrzeganie zaleceń WHO.
WSPÓŁCZYNNIK RYZYKA: Stale obecny. Kilka lat temu australijscy naukowcy z The Pest Animal Control Cooperative Research Centre zmodyfikowali zarazek polio tak, by zakażając myszy, nie robił im krzywdy, a jedynie sterylizował. Efekt: gryzonie zdechły. Coś podobnego może się zdarzyć także nam, choć z racji niezbadanego potencjału ludzkiego układu odpornościowego nie obejmie (zapewne) całej populacji.

 

Wybuchowa próżnia

Eksperymenty naukowe

Te przeprowadzane w akceleratorach cząstek (LHC i innych) mogą teoretycznie skutkować niespodziankami.


Mikroskopijne czarne dziury, dodatkowe wymiary, hipotetyczne kwarkowe twory zwane dziwadełkami, mogłyby rozpętać prawdziwe piekło na Ziemi – pod warunkiem, że naprawdę powstaną, jak twierdzą niektórzy, podczas zderzeń cząstek. Muszą też osiągnąć pewne krytyczne rozmiary, co jednak – jak obliczono – nie ma prawa nastąpić. Równie teoretycznie rzecz ujmując, próżnia, o której zwykło się myśleć jak o czymś pustym, a która w rzeczywistości jest ośrodkiem wzmożonej kwantowej aktywności, mogłaby zostać przypadkowo wytrącona z jednego stanu w drugi, charakteryzujący się zupełnie nowymi prawami fizyki, co w okamgnieniu zrujnowałoby cały obserwowalny Wszechświat, a w nim każdą formę życia. Wciąż brakuje jednak kandydata na niebezpieczne pole fizyczne, którego niestabilność moglibyśmy wyzwolić.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Snując spekulacje na temat zjawisk, których nigdy jeszcze nie zaobserwowano, dowiemy się, być może, czegoś prawdziwego o naturze rzeczywistości.
SKALA RAŻENIA: Cały Wszechświat może się wywinąć podszewką do góry.
RATUNEK: Nie ma. Poza siłą umysłu. Przed odpaleniem pierwszej bomby jądrowej w Alamogordo obawiano się, że podczas wybuchu zapali się ziemska atmosfera. Enrico Fermi sięgnął po ołówek i obliczył, że tak się nie stanie. Poza tym podobne doświadczenia jak w akceleratorach, z tym, że w zakresie znacznie większych energii, od miliardów lat przeprowadza natura, bombardując Ziemię cząstkami promieniowania kosmicznego – bez dramatycznych konsekwencji.
WSPÓŁCZYNNIK RYZYKA: Jakiś jest. Ale przecież warto było kraść ogień?

 

Mądrzy inaczej

Sztuczna inteligencja


Biblia sztucznej inteligencji (AI – Artificial Intelligence) jeszcze nie powstała, a już ma swoich ewangelistów, wśród których jest Ray Kurweil, Vernon Vinge, Hans Moravec, wieszczących rychły skok technologiczny, a co za tym idzie – stworzenie sztucznej inteligencji, a potem jej zespolenie z naturalną. Może to prowadzić albo do wzmocnienia tej pierwszej, albo – w alternatywnym scenariuszu – do jej zniewolenia lub unicestwienia. Albo do czegoś niewyobrażalnie innego. Eliezer Yudkowsky z Singularity Institute for Artificial Intelligence twierdzi, że „największym niebezpieczeństwem związanym z AI jest fakt, iż ludzie nazbyt łatwo dochodzą do wniosku, że ją rozumieją”.

Myśląc o AI dopuszczamy się zasadniczego nadużycia, pisze Yudkowsky. Wyposażeni przez naturę w mniej więcej jednakowe umysły mamy tendencję do antropomorfizowania i myślenia w sposób empatyczny. Tymczasem AI będzie do nas podobne mniej więcej tak (prawdopodobnie) jak my do petunii. Petunii, która może szybko przerosnąć (w przenośni) mistrza.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Zważywszy przykład petunii, trudno o sensowne prognozy. Jeśli jednak sztuczna inteligencja wejdzie w komitywę z tą, która ją stworzyła, będziemy świadkami narodzin nowej epoki.
SKALA RAŻENIA: Któż zgadnie, jaki pomysł wpadnie do sztucznej głowy?
RATUNEK: Skoro byliśmy, czy raczej będziemy, na tyle inteligentni, by stworzyć problem, czyli sztuczną inteligencję, można żywić nadzieję, że zdołamy go także rozwiązać.
REALNOŚĆ RYZYKA: Vernon Vinge ogłosił przed paroma tygodniami, że sztuczna inteligencja dorówna ludzkiej już w 2020 r. Zanim to nastąpi, AI pozostaje domeną swobodnych spekulacji.

 

Uciekające technologie

Nanotechnologia, robotyka


Druga obok sztucznej inteligencji (patrz: „Mądrzy inaczej”) dziedzina, którą straszy się ludność. Jej papieże – m.in. Robert Freitas, Ralph Merkle i Eric Drexler – piszą scenariusze nanorewolucji, w której udział wezmą obiekty o rozmiarach miliardowej części metra. Futuryści twierdzą, że niedługo materię o pożądanych własnościach lub samopowielające się robociki można będzie konstruować nie „z góry do dołu”, jak obecnie (posługując się makroskopowymi urządzeniami do wyprodukowania np. mikroprocesorów), a „z dołu do góry”, czyli układając atom na atomie. Każde państwo bądź organizacja, która pierwsza zdoła opracować podobną technologię, zyska przewagę bez precedensu w historii ludzkości. Niebezpieczna sytuacja (garść replikujących się nanobotów mogłaby w godzinę zmielić czołg na pył albo białka w kryształki), ale z zakresu fantastyki naukowej. Świat nano w niczym bowiem nie przypomina klocków lego. Atomy i cząsteczki, czyli obiekty świata kwantowego, nie pozwalają się dowolnie układać.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Mikroroboty okażą się wkrótce bardzo pożyteczne np. w medycynie. Ale mikro od nano dzielą 3 rzędy wielkości.
SKALA RAŻENIA: Globalna. Szara nanomasa może np. pozbawić Ziemię cennych zasobów – choćby wody.
RATUNEK: Zdrowy rozsądek.
WSPÓŁCZYNNIK RYZYKA: Bliski zeru.

 

Altruistyczny wojownik

Konflikty zbrojne, wojna termojądrowa


O prawdopodobieństwie wybuchu wojny wiadomo niewiele ponad to, co pół wieku temu, kiedy to matematyk, fizyk i psycholog brytyjski Lewis F. Richardson opublikował „Statistics of Deadly Quarrels”, pracę ujmującą konflikty zbrojne w ramy statystyki. Czyli tyle, że są to zjawiska, których parametry – czas i rozmiary – pozostają w ogromnej mierze przypadkowe i nieprzewidywalne.

Od lat 80. ubiegłego wieku naukowcy, inspirowani pracami Pera Baka, Chao Tanga i Kurta Weinsenfelda, potwierdzili wyniki Richardsona, do zestawu analogicznych zjawisk dodając zmiany liczebności gatunków zwierząt i roślin, wahania intensywności pulsarów, pól magnetycznych w nadprzewodnikach, rozmiary lawin, pożarów lasów, krachów na giełdzie, liczby ludności miast i wiele innych. Wszystkie te układy, niezależnie od ich szczegółów, opisywane są jednym ogólnym, matematycznym prawem, sugerującym, że dążą one spontanicznie do pewnego stanu krytycznego, po przekroczeniu którego następują serie katastrof. Gawriło Princip, który strzałem do arcyksięcia Ferdynanda rozpoczął I wojnę światową, niczym – w ujęciu matematycznym – nie różni się od tego jednego, ostatniego ziarenka, które wrzucone na czubek piaskowego stożka uruchamia lawinę o niedających się przewidzieć rozmiarach. Prawie nigdy nie obejmują one jednak całego systemu. Prawie – poza jednym wyjątkiem: wojny termojądrowej.

Wprawdzie obecny światowy arsenał nuklearny stanowi tylko połowę tego z czasów zimnej wojny, ale to wciąż ponad 26 tys. ładunków. Niestety, znaczna część procedur postępowania w razie ataku jądrowego wciąż pochodzi z tamtego okresu, przekonywali autorzy raportu „The U.S. Nuclear War Plan: A Time for Change”. To było 8 lat temu, być może coś się już zmieniło. Ale jeśli nie, to na nieodwołalną decyzję o odpaleniu dziesiątków rakiet dowódcy rosyjscy i amerykańscy mają zaledwie kilka minut. Potem rozpęta się piekło. Ale nawet regionalny konflikt z użyciem bomb jądrowych w liczbie ofiar byłby porównywalny tylko z II wojną światową.

Po broń jądrową mogą także sięgnąć terroryści (kradnąc gotowy ładunek, wzbogacony uran lub pluton, ewentualnie wysadzając albo sabotując instalację atomową). Jeśli zdołają przewieźć ładunek do centrum dużego miasta, zostaje nam tylko wziąć śrubokręt i otwierać każdą walizkę po kolei (słowa Roberta Oppenheimera, ojca amerykańskiej bomby jądrowej). Dobrze zabezpieczony ładunek jądrowy jest praktycznie nie do wykrycia. Ryzyka podobnego ataku nie należy jednak wyolbrzymiać – w rękach terrorystów „atom” to raczej broń powszechnego zamieszania niż rażenia.

~
DRUGA STRONA MEDALU: Darwinowskim efektem ubocznym praktyki prowadzenia wojen może być altruizm – przekonuje w niedawnym „Science” Samuel Bowles z Santa Fe Institute w USA. W przeszłości osobiste poświęcenie wojownika, ofiara z własnego życia pozwalały osiągnąć zwycięstwo grupie, do której należał.
SKALA RAŻENIA: Regionalna – poza przypadkiem wojny termojądrowej.
RATUNEK: Umowy międzynarodowe, rozbrojenie, gorące linie, współpraca przywódców.
REALNOŚĆ RYZYKA: Nie do zignorowania. Sugerują to przypadki fałszywych alarmów rakietowych po obu stronach Atlantyku (np. w 1995 r. Borys Jelcyn już otwierał słynną walizkę nuklearną, opierając się na doniesieniach o ataku amerykańskiego pocisku, podczas gdy była to norweska rakieta meteorologiczna).

 

Wnioski z nadmiaru troski

Jedynym kataklizmem zdolnym do zmiecenia ludzkości z powierzchni Ziemi jest totalna wojna nuklearna. I to raczej wzniecona przez przypadek, bo komu, nawet z pierwszej ligi szaleńców, zależy na zburzeniu areny, na której może zaspokajać swe ambicje? Na okoliczność takiego incydentu warto być może przygotować zestaw startowy nowej cywilizacji (wraca pomysł futurysty Jamesa Lovelocka). Rosalind P. Murray-McIntosh z Massey University w Nowej Zelandii i Jody Hay z Rutgers University w USA dowodzą, że Polinezja i obie Ameryki zostały zaludnione przez grupy zaledwie kilkudziesięcioosobowe. Jeśli tak, to do zrestartowania historii powinna wystarczyć grupa stu dorodnych, zróżnicowanych genowo osobników obojga płci: myśliwych, zbieraczy oraz rolników. Być może, działając w ramach szeroko rozumianej polityki bezpieczeństwa, należałoby zorganizować podobne drużyny rezerwowych, które, rotacyjnie, schodziłyby do dawnych bunkrów przeciwatomowych – na wypadek katastrofy.

Nic nie poradzimy, przynajmniej w najbliższej przyszłości, na eschatologiczne kataklizmy pochodzenia naturalnego – upadki planetoid, komet czy nawet wybuchy superwulkanów. „Jeśli o to chodzi, nasza cywilizacja nie różni się niczym od posługujących się pismem klinowym czy hieroglifami ludów Bliskiego Wschodu sprzed paru tysięcy lat”, pisał Vaclav Smil w wydanym przez MIT opracowaniu „Global Catastrophes and Trends. The Next 50 Years”. Pozostaje przywyknąć do tej myśli (prawdopodobieństwo wystąpienia podobnej katastrofy w ciągu najbliższego pół wieku to ułamek procenta).

Zjawiska potencjalnie groźne, lecz zachodzące stosunkowo powoli, jak globalne ocieplenie, dają czas na zmianę zachowań, a nawet, jeśli ich tempo jest naprawdę niskie, do adaptacji na drodze selekcji naturalnej. Skutki pomniejszych katastrof kosmicznych i geologicznych oraz pandemii czy aktów terroryzmu nie zagrażają inteligentnemu życiu. Aby jednak dochodziło do nich jak najrzadziej, a ich przebieg był jak najłagodniejszy, wymagane są stosowne regulacje prawne, porozumienia, systemy wczesnego ostrzegania, modele matematyczne, scenariusze działań kryzysowych, a także pogłębione badania nad psychologią zjawisk wysokiego ryzyka. Reakcje ludzi są zwykle niewspółmierne wobec samych zagrożeń i w niezamierzony sposób mogą pogorszyć sytuację, a nawet zdestabilizować państwo.

W ocenie zagrożeń i związanego z nimi ryzyka wyolbrzymiamy znikome ryzyka wydarzeń działających na wyobraźnię (akty terroryzmu, trzęsienia ziemi), a nie doszacowujemy tych codziennych. Prawdziwy z nas Homo catastrophicus. Przykład: ryzyko śmierci związane z prowadzeniem samochodu (na osobę, na godzinę wykonywanej czynności) jest równe ryzyku przebywania w Bagdadzie (dane zebrane przez Smila). Inny przykład: lęk przed lataniem, wywołany przez ataki z 9 września 2001 r., sprawił, że Amerykanie zamiast do samolotów wsiedli do samochodów; na drogach samego tylko USA zginęło około tysiąca osób więcej niż rok wcześniej (obliczyli naukowcy z Cornell University i University of Michigan), czyli kilka razy więcej niż na pokładach wszystkich rozbitych przez terrorystów liniowców. I jeszcze jedna ilustracja: podczas ostatnich 40 lat miało miejsce 25 tys. aktów terroru, w których zginęły 34 tys. osób – prawie tysiąc razy mniej niż w wypadkach komunikacyjnych, w konsekwencji erupcji wulkanów i powodzi. Morał? Administrowanie strachem – oto nowa rola państwa.

Jak tu cicho

Ryzyko globalnej apokalipsy jest minimalne. Najbliższe dziesiątki, setki, może nawet tysiące lat upłyną we względnym spokoju. A potem? Najmocniejszą chyba wątpliwość w kwestii przetrwania homo sapiens sformułował fizyk włoski Enrico Fermi, który już blisko 60 lat temu zapytał: Gdzie Oni są? Oni, czyli kosmici. Bo skoro wszystko wskazuje na to, że życie rodzi się spontanicznie, bez boskich czy pozaziemskich ingerencji, skoro trwa w skrajnie nieprzyjaznych środowiskach (co potwierdzają odkrycia organizmów ekstremofilnych), skoro astrofizycy rejestrują setki planet krążących w układach pozasłonecznych (potwierdzono już istnienie blisko 350) i skoro przykład naszej planety świadczy o wykładniczym rozwoju technologicznym po zaledwie paru tysiącach lat rozwoju cywilizacji, to dlaczego u licha nie otrzymujemy żadnych sygnałów od innych inteligentnych istot? Jeśli Wszechświat tętni życiem, to dlaczego tak w nim cicho (w zakresie fal radiowych, oczywiście)?

Może nigdy nikogo tam nie było, bo zbieg okoliczności doprowadził do pojawienia się życia wyłącznie na Ziemi? A może rozwój technologiczny każdej cywilizacji nieuchronnie prowadzi do jej upadku? Być może wszystkie cywilizacje znajdują się właśnie w epoce przejściowej, w czasie, gdy dopiero kumulują wiedzę, szykują się do skoku technologicznego i jeszcze o nich usłyszymy? Fizyk, noblista Frank Wilczek sugeruje inne wyjaśnienie: niewykluczone, że wyrafinowane, dojrzałe społeczeństwo unika niebezpieczeństwa związanego z niekontrolowanym rozwojem technologii, zwracając się ku swojemu wnętrzu; przestaje prężyć muskuły i skupia się na inżynierii informacyjnej, na doskonaleniu wiedzy, osobowości i umysłów, decydując się tym samym na pozostawanie w ukryciu.

Życzymy ludzkości, aby Wilczek miał rację.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj